19 wrz 2017

Lorde "Melodrama"

Pewnego dnia podczas śniadania usłyszałam w Radiowej Trójce przepiękną piosenkę, taką z gatunku „moich ulubionych” – romantyczną, melodyjną, trochę smętną, z dobrym tekstem. Rzadko chce mi się płakać słuchając muzyki, zazwyczaj rozkładam ją na czynniki pierwsze – takie moje zboczenie zawodowe. Jednak tym razem było inaczej. Piosenka trafiła prosto w moje serce, a ja nawet nie próbowałam hamować łez. Gdy wybrzmiały ostatnie akordy, głos prowadzącego powiedział, że to piosenka „Liability” z płyty Lorde pt. „Melodrama”. Nigdy nie słyszałam o tej artystce, ale ten jeden utwór sprawił, że wpadłam jak śliwka w kompot. Chciałam czym prędzej zapoznać się z całą płytą Lorde.

Wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że ta wokalistka ma zaledwie 20 lat. Utwory na płycie „Melodrama” są bardzo dojrzałe, stanowią intymny portret kobiety wraz z jej wrażliwością, troskami i wątpliwościami. Lorde opowiada o odkrywaniu samej siebie, o dobrych i złych wyborach, których konsekwencje odczuła na własnej skórze. Jednak nie jest to płyta rzewna. Dużo w niej energii, jak w młodej kobiecie, która ma na tyle siły, by po każdym upadku wstać, otrzepać się i iść dalej własną drogą. 

Krążek otwiera „Green Light”, przy którym już trudno usiedzieć w bezruchu. W podobnym stylu poprowadzone są następne trzy piosenki – rytmiczne, z mocnym bitem i  zmienne, jak miniaturowe mozaiki obfite w kolory. Wytchnienie daje dopiero wspomniana przeze mnie na wstępie piosenka „Liability”. To ona rozpoczyna refleksyjną część płyty. Po niej następuje „Hard Feelings/Loveless” o skrzywdzonej miłości, której apogeum następuje w przepięknym „Writer in the Dark”. Tutaj Lorde pokazuje ciepło głosu w niższych tonach i przepiękną płaczliwość w falsecie, a to wszystko ma pełne uzasadnienie w tekście – coś wspaniałego! W „Supercut” odcinamy się od wcześniejszego nastroju piosenek, by powrócić do niego przy „Liability (Reprise)”. Płyta kończy się pełnym ikry manifestem wyzwolonej młodości („Perfect Places”).

Płytę polecam każdemu, kto nie boi się nowych brzmień. Od kilku lat słucham Radiowej Trójki i coraz bardziej podobają mi się „Trójkowe” klimaty, dlatego płyta Lorde totalnie mnie zachwyciła. Jest inna, niż to, co obserwujemy we współczesnych, popularnych nurtach muzycznych. I ja tę inność kupuję.


PS. Po zapoznaniu się z płytą miałam okazję oglądać w Internecie koncert Lorde podczas Festiwalu Open’er w Gdyni. Niestety nie mogłam tam się zjawić osobiście, czego bardzo żałuję, bo to, co pokazała ta dziewczyna było zachwycające! Temperament, charyzma i artystyczne zacięcie – tak potrzebne na scenie, a tak rzadko spotykane, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Chwyciła mnie za serce i nie chciała puścić aż do końca koncertu. Była zjawiskowa!

29 sie 2017

Rick Riordan "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy, tom I: Złodziej pioruna"

Jakiś czas temu dane mi było obejrzeć film o tym samym tytule. Nie urzekł mnie, jednak stwierdziłam, że pomysł wydawał się dobry – wykonanie było słabe. Gdy dowiedziałam się, że film powstał na bazie książki, czym prędzej postanowiłam ją przeczytać, jako że ekranizacja najczęściej jest gorsza od pierwowzoru. To „czym prędzej” potrwało kilka lat i tak, dopiero niedawno wzięłam do ręki „Złodzieja pioruna” – pierwszą część serii „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy”.

Akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych, w czasach współczesnych. Bohaterem jest dwunastoletni chłopiec – Percy Jackson. Dziecko z problemami: dysleksja, podejrzenie ADHD... Z powodu złego zachowania w  żadnej szkole nie udaje mu się zagrzać miejsca dłużej niż rok. Na skutek różnych, nadnaturalnych przygód, Percy trafia do Obozu Herosów, gdzie dowiaduje się, że jest synem jednego z Bogów Olimpijskich. Przed chłopcem zostaje postawione zadanie: ma znaleźć skradziony Piorun – symbol władzy Zeusa. Pomaga mu w tym Annabeth (córka Ateny) i satyr Grover.

Dwunastoletni chłopiec, wyrzutek społeczeństwa, półsierota, poprzez swoje nadnaturalne zdolności (o których oczywiście nie wiedział) staje się bohaterem. Ten motyw jest bardzo popularny wśród fantastyki młodzieżowej (przykład: Harry Potter), dlatego bałam się zderzenia swojego wieku z powieścią pisaną dla ciut młodszej grupy docelowej (ciągle za mną chodzi "trauma Eragona”). Obawiałam się młodzieńczych humorów bohatera, lekkomyślności, zarozumiałości i braku pokory. Ku mej uciesze, Percy okazał się mądry, zaradny i dojrzały jak na swój wiek, a temat, który dziś wieje sztampą, przypomniał mi piękne wieczory, kiedy to nie mogłam oderwać się od serii autorstwa Joanne Kathleen Rowling.

„Złodzieja pioruna” czyta się bardzo szybko. Fabuła skonstruowana jest tak, że trudno jest zamknąć książkę i ot tak wrócić do swoich obowiązków. Akcja co rusz nabiera tempa, jest jak tocząca się kula śniegowa. Plastyczne opisy przenoszą nas do zupełnie innego świata i sprawiają, że jesteśmy w stanie nie tylko patrzeć, ale i dotykać rzeczy tam obecnych.

Mitologia różnych kultur interesowała mnie od zawsze. Opowieści te były dla mnie jak fantastyczne bajki o Bogach, w których wierzono tysiące lat temu. Nie przeszło mi nigdy przez myśl, żeby jakkolwiek odnosić starożytne Bóstwa do współczesnych czasów. Rick Riordan wpadł na ten pomysł i w bardzo ciekawy sposób przeniósł go na kartki swej powieści. Dzięki niemu nie jestem już w stanie spojrzeć na sztorm inaczej, niż jak na walkę Zeusa z Posejdonem. Na pewno nie odmówię sobie przyjemności zapoznania się z kolejną częścią.




22 sie 2017

Ransom Riggs "Osobliwy dom Pani Peregrine"

Podobnie jak większość czytelników, ja również zostałam przyciągnięta do tej książki intrygującą okładką. Wrażenie zaciekawienia spotęgowały dość przerażające zdjęcia dzieci w środku. Mimo uszu puściłam liczne opinie mówiące, że to książka dla nastolatków i dałam się wkręcić w osobliwy świat.

Głównym bohaterem jest nastoletni Jacob. Chłopiec wyrósł na dziadkowych opowieściach o wojnie, o niebezpieczeństwie, o ryzyku utraty życia i o azylu, do którego trafił wraz z innymi żydowskimi dziećmi. Wraz ze śmiercią dziadka, Jacob traci najbliższą sercu osobę. Nigdy nie miał z rodzicami tak dobrego kontaktu, jak ze zmarłym już dziadkiem. Nie potrafi pogodzić się ze stratą. Często najlepszym rozwiązaniem jest chwilowa zmiana miejsca pobytu. Los sprawia, że podróż Jacoba jest wypełnieniem ostatniej woli dziadka.

A w nowym miejscu czekają na niego same cuda i dziwy.

Tyle o treści, bo nie chcę zbyt dużo zdradzić. Powieść czytało mi się dobrze. Podobał mi się lekki język i płynąca narracja. Każdy rozdział kończył się tak, że od razu chciałam przeczytać następny. Autor świetnie nabudował we mnie ciekawość wydarzeń rozgrywających się w Osobliwym Domu. Jedyny minus jest taki, że nie potrafił tej ciekawości utrzymać, gdy już mnie do Domu Pani Peregrine wprowadził. Tak jakby zbyt wysoko zawiesił poprzeczkę na początku powieści, a później nie potrafił przez nią przeskoczyć. Czułam niedosyt, jeśli chodzi o dobre rozwinięcie i zakończenie historii. Brakowało energii końcowym fazom opowieści, podczas gdy zwykle to tam odbywa się istne szaleństwo. I nawet dobry pomysł manipulacji czasem, świetny w swojej idei i prowokujący do  ciekawych zapętleń, został tu potraktowany po macoszemu.

Podsumowując: „Osobliwy dom Pani Peregrine” to rzeczywiście książka dla nastolatków. Nie twierdzę, że starszym nie może się spodobać, bo może. Ale wystarczy być już o dekadę starszym, żeby zaczęły nas drażnić niedopracowane szczegóły. Mimo to książka dostaje ode mnie 7/10 za pomysł i zaciekawienie mnie historią oraz niezłe wykonanie. Czepiam się szczegółów, jak zwykle, ale całokształt jest naprawdę w porządku.


15 sie 2017

Tag książkowy

Bardzo lubię Tagi Książkowe. Lubię czytać o Waszych nawykach czytelniczych i preferencjach. Jakiś czas temu dostałam nominację do tagu od Kasi z bloga Biały Notes. Bardzo dziękuję za to wyróżnienie i, żeby już nie przedłużać, zabieram się do pisania odpowiedzi na pytania.  

Po książki jakiego gatunku sięgasz najczęściej?

Moją miłością od zawsze jest fantastyka. Poszerzam swoje horyzonty czytając również biografie, literaturę faktu, thrillery czy kryminały. Nawet obyczajówka czasem się trafi. Jednak to fantastyka zajmuje największą część mojego serca i moich półek.

Wolisz literaturę polską czy zagraniczną?


W swoim ulubionym gatunku czytelniczym stawiam raczej na polskich autorów. W Polsce mamy bardzo dobrze rozwiniętą fantastykę i naprawdę jest z czego czerpać radość czytania. Ale nie jestem zwolenniczką myślenia pt. "Dobre, bo polskie. Patrząc jednak na moje podsumowanie czytelnicze ostatnich miesięcy, na prowadzenie - zarówno pod względem ilości przeczytanych przeze mnie książek i wystawianych im ocen - wychodzą zagraniczni autorzy. Jeśli książka jest dobra, to nieważne czy to polskie dzieło, czy zagraniczne. Ważne, że dobrze się ją czyta.

Z którą książkową bohaterką/bohaterem najbardziej się utożsamiasz i dlaczego?

Odkąd kilka lat temu po raz pierwszy przeczytałam Sagę Wiedźmińską, moim książkowym alter ego stała się dla mnie Essi Daven pseuaonim "Oczko". Obie jesteśmy artystkami, obie zajmujemy się śpiewem i znamy języki obce. Jesteśmy wrażliwe, romantyczne i emocjonalne. Bardzo szybko tracimy rozum dla mężczyzny, nawet gdy ta miłość nie ma szans na spełnienie. Z tego powodu bardzo łatwo nas zranić.

Czasem wolałabym być jak Yennefer.
   
Czy miewasz okresy, w których odczuwasz przesyt i w ogóle nie sięgasz po książki?

Niestety tak :( Zazwyczaj dzieje się to maratonach czytelniczych takich, jak Bookathon, czy moje własne, które sama sobie urządzam. Coś w stylu "Ok, w lutym mam dużo wolnego czasu - przeczytam 10 książek". Kończy się tym, że czytam 5-6 książek i mam dość na najbliższe tygodnie. Takie sytuacje na szczęście zdarzają się już coraz rzadziej. Częściej mam przesyt konkretnego gatunku literackiego - nawet mojej ukochanej fantastyki. Wtedy na "odkucie się" czytam coś zupełnie innego, po czym wracam na stare tory :)
   
Która pora dnia jest dla Ciebie najbardziej odpowiednia na czytanie?
 

Kocham czytać rano! I cieszę się, że mój tryb pracy pozwala mi na to. Wieczorem ciężko mi się czyta - przy sztucznym świetle muszę mocno wytężać wzrok, poza tym mogę przysnąć w środku rozdziału nawet jeśli książka na maksa mnie interesuje. Myślę, że jest to kwestia preferowanego rytmu dnia mojego organizmu. Najbardziej produktywna jestem do południa i stopniowo przygasam, gdy słońce chyli się ku zachodowi.
   
Z jaką książką najbardziej się męczyłaś i czytałaś ją bardzo długo?

Teraz czytam książkę, która mnie męczy. Jest to "Ziemiomorze" Ursuli K. LeGuin. I to nie ze względu na rozmiar (ponad 900 stron), ale na historię, która raz wciąga mnie bez reszty, by później znowu odsunąć mnie od siebie na kilka dni bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Zaczęłam ją czytać na wiosnę, zostało mi jeszcze 250 stron do końca. Dawno już nie czułam takiego oporu podczas lektury.

Najstraszniejsza przeczytana powieść?


Raczej unikam horrorów, ale kiedyś zdarzyło mi się trafić na "Opowiadania" Edgara Allana Poe.  Pamiętam, że w każdym z nich autor robił co chciał z moimi uczuciami. Manipulował mną, a ja szłam za nim, gdziekolwiek mnie poprowadził. Kosztowało mnie to dużo emocji, które pamiętam do dziś.

Czy tworzysz także własne dzieła literackie?
 

Do niedawna zdarzało mi się pisać wiersze, ale za prozę na poważnie nigdy się nie wzięłam. Jako dziecko napisałam "książkę" na 20 stron zeszytu A5 :)

Zdecydowanie wolę czytać. A jeśli pisać to wyłącznie pamiętnik i bloga. To i tak dużo.

Kupujesz książki zaraz po premierze czy czekasz na promocje?

Ostatnimi czasy w ogóle unikam kupowania książek. Zmuszona jestem oszczędzać pieniądze, bo wielkimi krokami zbliża się do mnie moment zamążpójścia :) Dlatego średnio raz w roku z moim narzeczonym łapiemy jakąś dobrą promocję i wyposażamy nasze regały oraz czytniki w wielkie ilości wymarzonych książek i później mamy dość na jakiś czas. Jeśli chcę być w miarę na bieżąco z nowinkami czytelniczymi, to idę do mojej ulubionej biblioteki i poluję. Ale raczej nie mam parcia na czytanie tego, co modne. Nigdy nie miałam. Już jako nastolatka byłam trochę przekorna i zaczęłam czytać Pottera dawno po tym, gdy minęła na niego pierwsza moda.

Twoja najukochańsza powieść to… ?

"Mały Książę". Niezmiennie i już chyba na zawsze. Ile razy go czytam, tyle razy znajduję dla siebie coś istotnego. Z tej miłości do "Małego Księcia", zawsze szukam go w zagranicznych księgarniach, gdziekolwiek jestem. Planuję uzbierać pokaźną kolekcję. Taka moja mała słabość :)

Jeszcze raz bardzo dziękuję za nominację do książkowego tagu. To była dla mnie wielka przyjemność dzielić się z Wami moimi książkowymi nawykami.

Teraz czas na pytanie ode mnie do Was. Do tagu nominuję Sylwię z Unserious.pl oraz Agnieszkę z bloga
www.posredniczka-ksiazek.pl
 
1. Która pora roku jest dla Ciebie najlepsza na czytanie?
2. Kawa czy herbata? A może wino? Co lubisz pić czytając książkę?
3. Czy masz książkę, do której regularnie wracasz? Co to za książka i dlaczego akurat ta?
4. Jaka książka zrobiła na Tobie ostatnio największe wrażenie?
5. O której książce najchętniej wolałabyś zapomnieć?
6. Czy bierzesz udział w wyzwaniach czytelniczych?
7. Czy zdarza Ci się czytać książki w języku obcym? Co to za język i dlaczego akurat ten?
8. Jaką książkę zabrałaś ostatnio ze sobą na wyjazd?
9. Która książka zrobiła na Tobie największe wrażenie, gdy byłaś dzieckiem?
10. Jaka książka leży już długo na Twojej półce i nie może się doczekać przeczytania?

Buziaki!

12 sie 2017

John Ronald Reuel Tolkien "Silmarillion"

Tolkien jest w modzie. Przyczyniły się do tego głównie ekranizacje „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”. Po lekturze obu dzieł postanowiłam dowiedzieć się, co działo się zanim najważniejszy z Pierścieni Władzy trafił do Sméagola, zwanego inaczej Gollumem.

„Silmarillion” opowiada historię Śródziemia. Podzielony na pięć części mówi o losach Ardy (Ziemi) począwszy od dzieła stworzenia przez Ilúvatara śpiewem Valarów, na Pierścieniach Władzy skończywszy. Poszczególne wydarzenia poznajemy z perspektywy elfów – umiłowanych dzieci Ilúvatara, obdarzonych nieśmiertelnością, wielbiących świat i przyrodę. Po elfach na świat przyszli ludzie. To im Najwyższy ofiarował łaskę śmierci – tajemnicę, której nie można rozwiązać.

W tym zbiorze opowiadań Tolkien tworzy własną mitologię. Jest akt stworzenia świata i istot żyjących, a każdy z Valarów, na wzór Bogów Olimpijskich, ma swoją „działkę”, którą się opiekuje. Jest walka dobra ze złem: Melkor (zwany inaczej Morgothem), rozsiewa ziarna swej podłości po całej Ardzie, a jego wierny sługa – Sauron – dolewa oliwy do ognia tworząc Pierścienie Władzy.

Trzy Pierścienie dla królów elfickich pod niebem jasnym,
Siedem dla krasnoludzkich władców we dworach kamiennych,
Dziewięć dla ludzi, którym śmierć jest sądzona,
Jeden Czarnemu Władcy na czarnym tronie
W Mordorze, ziemi, gdzie Ciemność zaległa.
Pierścienie te stały się w późniejszych wiekach obiektem pożądania („Hobbit” i „Władca Pierścieni”). Wszystko przez swoje niezwykłe właściwości, spośród których najważniejszą jest działanie magiczne, które pozwala na widzenie rzeczy niematerialnych, jednocześnie materialne zmieniając w niewidzialne.

W ogrom batalistycznych opowieści Tolkien wplótł wątki romantyczne, dzięki czemu poznajemy dwie według mnie najpiękniejsze historie miłosne. Pierwsza traktuje o zakazanym uczuciu łączącym człowieka i elfkę – to właśnie do Beren i Lúthien porównał później swój związek z Arweną Aragorn we „Władcy Pierścieni”. Druga opowieść mówi o klątwie rzuconej na dzieci Húrina i o tym, ile cierpienia im przyniosła. W „Silmarillionie” znajduje się jedynie skrót tej legendy, by przeczytać całość należy sięgnąć po osobną książkę.

Natrafiłam w księgarni na piękne wydanie „Silmarillionu”, wzbogacone ilustracjami autorstwa Teda Nasmitha. Są zjawiskowe! Nieraz przyłapałam się na tym, że przez dobre kilka minut wgapiałam się tępo w któryś z obrazów. Poniżej kilka z nich:




„Silmarillion” to książka bardzo trudna. Wymaga maksymalnego skupienia, a nieraz i cofnięcia się o kilka akapitów. Obcowanie z nią było dla mnie świętem, napawałam się każdą linijką, chciałam zrozumieć jak najwięcej i na własnej skórze przekonałam się, że nie jest to dzieło „na jeden raz”. Nie  należy do książek z gatunku „zaliczona, teraz sięgam po coś innego” – minął tydzień, odkąd ją skończyłam, a nadal leży u mnie na biurku i już tęsknie wypatruję momentu, w którym będę mogła do niej wrócić.

10/10! Mistrzostwo świata! Ideał w każdym calu.

9 sie 2017

Odkrycia: Czerwiec&Lipiec

Przybywam dziś do Was z odkryciami pozbieranymi z czerwca i lipca. Powspominam wyjazd do Bratysławy, Pragi i Lublany, przedstawię płytę, która ostatnio skradła moje serce oraz podam listę książek przeczytanych w ciągu tych dwóch miesięcy.

Podróże


Bratysława


W Bratysławie byłam 19 i 20 czerwca. Spędziłam tam tylko jedną noc, bo miałam do załatwienia na szybko parę spraw. Cieszę się jednak, że udało mi się popołudnie spędzić w przemiłym towarzystwie Sylwii z bloga Unserious.pl Po pysznej obiadokolacji (ja wybrałam sobie słowackie haluszki – pyszne, polecam!) wybrałyśmy się na spacer po starym mieście, żeby spalić kalorie. Później zjadłyśmy jeszcze deser, więc wyszłyśmy na zero (a nawet na plus :P) W międzyczasie cały czas gadałyśmy! I to nie tylko o książkach (a właściwie prawie wcale nie o książkach :P) Było to moje pierwsze spotkanie z blogerką i bardzo ciepło je wspominam. Jak wrócę kiedyś do Bratysławy, na pewno się odezwę.


Praga


Czas w Pradze (20 i 21 czerwca) spędziłam równie intensywnie, co w Bratysławie. Również spałam tam tylko jedną noc i na szybko załatwiałam zawodowe sprawy (w tym przypadku akurat miałam do zaśpiewania przesłuchanie). Niestety nie było mi dane pozwiedzać tego pięknego miasta, widziałam tylko parę rzeczy po drodze z hostelu do opery i z opery na dworzec. To wszystko. Mam więc pretekst do powrotu :) 


Lublana


Na Słowenii udało mi się pobyć trochę dłużej, 3 dni. Miałam więc wystarczająco dużo czasu, by obejść wielokrotnie Stare Miasto i zachwycić się pięknem, które zewsząd mnie otaczało. Przechodząc obok księgarni postanowiłam wrócić do tradycji kupowania „Małego Księcia” w języku każdego z krajów, w których kiedykolwiek się znalazłam. Najsłynniejszą atrakcją turystyczną Lublany jest średniowieczny zamek na wzgórzu. Wyposażona w sportowe obuwie poszłam tam. Z góry rozpościera się piękny widok na całe miasto. Oprócz zamku, warto zwrócić uwagę na Smoczy Most, fontanny i rzeźby postawione w okolicach Starówki. Lublana gdzieniegdzie przypominała mi Wenecję, zwłaszcza w pobliżu rzeki Lublanicy, a dźwięk dzwonów majestatycznej Katedry św.Mikołaja poruszył moje serce tak mocno, że łzy same popłynęły mi z oczu. 






Muzyka


Parę tygodni temu usłyszałam w Radiowej Trójce przepiękną piosenkę artystki, której wcześniej nie znałam. Była to Lorde z utworem „Liability”. Piosenkarka przyjechała na Open’er Festiwal do Gdyni, ale ja niestety nie mogłam tam być, żeby posłuchać jej na żywo. Udało mi się jednak obejrzeć koncert na Youtube i powiem Wam, że ta dziewczyna jest niesamowita! Nie dość, że śpiewa obłędnie, to jeszcze ma niesamowitą charyzmę i kontakt z publicznością. Widać, że kocha to, co robi, a ludzie kochają ją za to, co z siebie daje. Płyta Lorde „Melodrama” ląduje na mojej liście „Must have”, póki co jednak musi wystarczyć mi słuchanie online. Poniżej link do „Liability”.



Książki


Początkiem lipca, jak doskonale wiecie, odbył się Bookathon  lato 2017 (wyniki tutaj). Brałam w nim udział i mocno podgonił moje wakacyjne czytanie. Mimo wszystko sumarycznie czerwiec i lipiec wypadły gorzej niż kwiecień i maj. Przeczytałam łącznie 6 książek:

A.Wajrak „Wilki” (8/10)
S.Raduńska „Kartki z białego zeszytu” (7/10)
W.Kuczok „Gnój” (10/10)
A.Christie „Morderstwo w Orient Expressie” (9/10)
Opracowanie zbiorowe „Spotlight. Zdrada” (8/10)
J.Posłuszna „Jutro będzie koniec świata” (7/10)

Niektóre recenzje już są na blogu, na niektóre niestety jeszcze nie znalazłam czasu, ale na pewno się pojawią (np. „Morderstwo w Orient Expressie”).

To już koniec moich odkryć czerwcowo-lipcowych. A jak Wam minęła pierwsza część wakacji? Podzielcie się w komentarzach :)

2 sie 2017

Justyna Posłuszna "Jutro będzie koniec świata"

Ile razy za Waszego życia miał się kończyć świat? Ja mam 27 lat i pamiętam dobrze dwa zapowiadane „końce świata”, pierwszy w 2000, drugi w 2012 roku. Pomniejszych końców świata było zapewne więcej, ale nawet nie zwróciłam na nie uwagi. Niektórzy ludzie wierzą w kalendarz Majów, inni w przepowiednie Nostradamusa. Są jeszcze tacy, którzy wykonują własne obliczenia, na bazie których próbują oszacować, kiedy ten świat się skończy. 

Takim właśnie człowiekiem jest Henry White, 80-letni angielski dżentelmen, o dość osobliwym usposobieniu. Na stare lata zostaje całkowicie zależny od swojej szwagierki, młodej karierowiczki, która dla świętego spokoju najchętniej umieściłaby go w ośrodku opieki. Henry jednak pod żadnym pozorem nie daje się wyciągnąć z domu. Po pierwsze: nie ma potrzeby nigdzie wychodzić, bo wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy kupuje mu gosposia, pracująca w jego domu już tak długo, że bez zadawania zbędnych pytań wie, czego mu trzeba. Po drugie: Henry panicznie boi się miejsc publicznych i obcowania z ludźmi. Jak widać, bez gosposi ani rusz. Pewnego dnia opiekunka jednak nie przychodzi do pracy, a Henry znajduje w domu jej list pożegnalny zostawiony dzień wcześniej. Wtedy jego świat staje na głowie.

Paweł Poliż jest młodym, wykształconym człowiekiem, który – tak, jak wielu naszych rodaków – wyjechał szukać lepszego życia w na Wyspach Brytyjskich. W Anglii zajmuje się budowlanką, bo w tej dziedzinie Polacy ponoć są najlepsi, przez co i praca jest pewniejsza. Nie sprawdza się jednak dobrze jako budowlaniec i szybko zostaje na lodzie. Wtedy poznaje Ninę - młodą, atrakcyjną i zadbaną (wręcz ekskluzywną) kobietę, która w dodatku wyraźnie ma na niego chęć. Wtem, jak grom z jasnego nieba, spada na Pawła propozycja pracy. Miałby się zajmować 80-letnim znajomym Niny. Z braku laku lepsza taka praca niż żadna. Paweł przyjmuje propozycję. Drogi Polaka i Anglika krzyżują się, a co z tego wyjdzie? To już możecie sprawdzić w książce.

„Jutro będzie koniec świata” to jak najbardziej udany debiut młodej pisarki, Justyny Posłusznej. Czegoś jednak mi zabrakło. Książka ma 260 stron, to trochę za mało, żeby porządnie rozwinąć pomysł relacji dwóch totalnie różnych, a jednak podobnych do siebie mężczyzn, okraszony dodatkowo wątkiem przepowiadanego końca świata. Idea – świetna. Wykonanie – jak dla mnie, trochę tak „po wierzchu”. Niby wszystko opisane, niby dobrze poznajemy postacie, ich przeszłość, ich lęki i wydarzenia, które je wywołały, a jednak jakoś tak zabrakło mi głębi. Dobrze by było poświęcić więcej miejsca na dokładniejsze opisanie rozwoju relacji między Pawłem i Henrym, w końcu to ich historia. Chętnie pogłębiłabym też psychologiczne portrety współlokatorów Pawła, bo zarówno na początku, jak i teraz, gdy skończyłam już tę powieść, są oni dla mnie wyłącznie Burakami-Polakami w Londynie, którzy tylko szukają okazji, żeby wychylić „jednego”. A szkoda, bo aż nie chce mi się wierzyć, że Polacy za granicą rzeczywiście tacy są. No chyba że są... Do postaci Niny nie mam żadnych zastrzeżeń – ona została bardzo dobrze opisana.

Ok, koniec narzekania. Teraz plusy. Powieść czyta się bardzo dobrze. Justyna Posłuszna pisze prostym, ale bardzo ładnym językiem. Każde zdanie jest doskonale dopracowane, aż czasem chce się czytać wybrane fragmenty więcej niż jeden raz. Historia zachęca do dalszego czytania, a gdy ze względu na obowiązki, jest się zmuszonym przerwać lekturę, w głowie kołacze się pytanie „Co będzie dalej?”. Dobrze zarysowana postać Niny wzbudziła we mnie silne emocje. To lubię. 

„Jutro będzie koniec świata” to książka idealna na lato, gdy wybieramy się na plażę, lub pijemy zimny soczek, sycąc się promieniami słońca. Czyta się ją z przyjemnością. 

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Autorce. Gratuluję udanego debiutu. To, do czego się przyczepiłam, to szczegóły – ostatnie szlify, których brakuje do ideału. Życzę nieskończonej weny twórczej i dalszych sukcesów pisarskich.




26 lip 2017

Opracowanie zbiorowe "Spotlight. Zdrada"

Co musi czuć osoba, której pierwsza aktywność seksualna, często w bardzo młodym wieku, została dokonana rękami księdza? Szok? Oszołomienie? Obrzydzenie? Do niego, czy do siebie? Czy takie zbliżenie to grzech? Mówił, że nie. A jednak w sercu jakoś tak nieswojo. Poskarżyć się rodzicom? Jak zareagują?

Do jakich sztuczek uciekają się duchowni, by zbliżyć się, a następnie manipulować niewinnymi istotami, wyłącznie dla ukojenia własnych pragnień? I wreszcie: co jeśli dziecko przełamie wstyd, opowie rodzicom o wszystkim, oni poruszą niebo i ziemię w próbach sprawiedliwego osądzenia zwyrodnialca, a prawnicy zamiotą całą sytuację pod dywan? Żadnych konsekwencji. Nie stanie się nic. Po prostu nic. Cisza.

Wtedy zostaje już tylko wstyd i straszliwe poczucie niesprawiedliwości.

Schemat najczęściej jest ten sam. Rozbita rodzina, matka opiekująca się dzieckiem samotnie, potrzebująca pomocy, ale i męskiego wzorca dla swojego syna (zazwyczaj ofiarami padają chłopcy). Kto, jeśli nie ksiądz, przekaże mu właściwe wartości i nauczy jak być dobrym człowiekiem? Chłopiec zostaje przez matkę wysłany do posługi przy ołtarzu, później na różne spacery i wyjazdy z księdzem. Gdy przeziębione dziecko nie może przyjść do kościoła, ksiądz chętnie odwiedza je w domu. Bo przecież nie przyszłoby nikomu do głowy, że osoba duchowna może w jakikolwiek sposób zaszkodzić dziecku. I wtedy właśnie dzieje się największa krzywda.

Świadectwa ludzi, którzy jako dzieci zostali wykorzystani seksualnie przez księdza:

„Sądziłem, że to we mnie jest coś złego, coś, o czym nie wiedziałem, co skłoniło go do tego, żeby mi to zrobić”
„Byłem chłopcem, który potrzebował miłości, a miłość była dla nich właśnie tym. Ale w rzeczywistości to wszystko było dla mnie przymusem, przemocą i zastraszaniem”
Właśnie takie sytuacje opisuje książka „Spotlight. Zdrada”. Dziennikarze z „Boston Globe” postanowili zerwać zasłonę milczenia. Zaczęło się od jednego reportażu, dotyczącego konkretnego księdza. Podczas badania sprawy wyszło jednak na jaw o wiele więcej równie istotnych wątków. O to, by pozostały one w cieniu, przez lata dbał jeden z watykańskich dostojników, mianowany kardynałem w 1985r., Bernard Law. Przed wnikliwością dziennikarzy jednak nic się nie ukryje. W ten sposób powstały książka, a następnie film „Spotlight. Zdrada”. 

„Milczenie jest grzechem (…) Żadne uzdrowienie nie jest możliwe, jeśli wszyscy milczą”
Reportaż wzbudził we mnie bardzo intensywne emocje. Chciałam dorwać tych wszystkich zboczeńców i zadbać o dotkliwą karę za krzywdę na najbardziej niewinnych istotach świata. Nie wiem, co się ze mną działo, gdy czytałam tę książkę. Ciałem byłam na lotnisku, przechodziłam kontrolę bezpieczeństwa, wsiadałam i wysiadałam z samolotu, ale to wszystko robiłam „z automatu”, bo duch mój był z ofiarami księży-pedofili. Wiele opisanych w reportażu sytuacji po prostu nie mieściło mi się w głowie, czasem chciało mi się płakać. Wszystko z poczucia bezradności.

A co na to Kościół? Uważam, że dobrym przykładem będzie fragment listu wysłanego przez jednego z „dostojników” do matki wykorzystanych seksualnie dzieci, która domagała się surowej kary na oprawcy swoich synów (tak, kilku):

„Dziękuję bardzo za Pani list (…) i szczerą opinię o księdzu z archidiecezji Bostonu, który był źródłem trudnych doświadczeń z Pani rodzinie, zwłaszcza dla kilku chłopców.

Jestem i muszę być bardzo uwrażliwiony na tę bardzo delikatną sytuację, ale muszę także odwołać się do miłosierdzia Bożego i dzielić się tym miłosierdziem, wiedząc, że Bóg wybacza grzechy i że grzesznicy w rzeczy samej dostępują przebaczenia. Z pewnością nie możemy akceptować grzechu, ale wiemy dobrze, że musimy kochać grzesznika i się za niego modlić (...)”
Krzywda na niewinnych zawsze boli najbardziej. Pedofilia jest obrzydliwa i niewybaczalna. Szczególnie, gdy dziecko pada ofiarą człowieka wykonującego zawód cieszący się zaufaniem publicznym, jak nauczyciel, lekarz, czy właśnie ksiądz. Teraz już duchowni nie są tak bezkarni, jak kiedyś. Zbyt wiele razy zawiedli ludzkie zaufanie. Łatwo jest mówić „To tylko tam w Stanach są tacy zboczeńcy! U nas tego nie ma”. Uwrażliwmy się jednak i poobserwujmy, czy rzeczywiście „u nas” jest tak kolorowo? Czy naprawdę nie słyszy się o przypadkach krzywdzonych w ten sposób dzieci? A teraz spróbujmy sobie uświadomić, ile takich spraw jest zamiatanych pod dywan. Ok, jeśli księża chcą mieć kochanków (kochanki) „na boku”, niech mają. Dorosłych. Od dzieci precz. 


PS. Jako nastolatka, przez lata działałam aktywnie w scholi parafialnej w swoim mieście. Tworzyliśmy prężnie działającą grupę kilkunastu osób. Żadne z nas nie doświadczyło ani krzywdy ani poniżenia ze strony duchownych. Zawsze mogliśmy na nich polegać, byli oddani i wspierający. Dlatego z takim żalem przeczytałam "Spotlight". Ta książka uświadomiła mi, że nie każdy ma takie szczęście do duszpasterzy, jakie miałam ja.

21 lip 2017

Wojciech Kuczok "Gnój"

Trudno mi pisać o tej książce. Jest to jedna z tych, które warto przeczytać, ale do recenzji brakuje słów. Niesie w sobie zbyt mocny ładunek emocjonalny, żeby można było pisać o tym "na sucho".

Mimo to spróbuję. 
 
„Gnój” czytałam już po raz drugi. Wróciłam do niego po kilkuletniej przerwie. Pierwszy raz pochyliłam się nad nim mając 18 lat. Wtedy też poznałam osobiście Wojciecha Kuczoka na jednym z jego spotkań autorskich, w Sandomierzu. Dziś jestem o 9 lat starsza, a książka porusza mnie z jednakową intensywnością. 


Powieść porusza temat przemocy w rodzinie. Zagadnienie przerażające, bo dotyczące zjawiska potwornego i niewybaczalnego, szczególnie gdy ofiarami padają dzieci. Narracja prowadzona jest z perspektywy mężczyzny, który w dzieciństwie doświadczył krzywdy ze strony własnego ojca. Dziś opowiada historię swojej młodości – tego bagna, pełnego bólu, wstydu i zabliźnionych już ran duszy (ojciec dbał, by na skórze nie było żadnych śladów pejcza). W tle przewija się szary obraz jednego z górnośląskich osiedli.

Książka napisana jest prostym językiem. Gdzieniegdzie Kuczok wtrąca śląską gwarę dla uwypuklenia miejsca, w którym się znajdujemy i charakteru postaci tam osadzonych.  Opisy „zabiegów wychowawczych” ojca głównego bohatera tak zadziałały na moją wyobraźnię, że nieraz zdarzyło mi się skrzywić podczas lektury. Ktoś kiedyś napisał, że ta książka boli i w pełni się z tym zgadzam. Mnie bolała. Nie obcuję na co dzień z literaturą opisującą jakąkolwiek formę patologii, więc „Gnój” zrobił na mnie mocne wrażenie. Tak mocne, że znów pozostanie mi w pamięci na parę lat.

„Kiedyś, jeszcze jako dziecko zapytałem ją, jak jest w piekle. Matka odpowiedziała mi wtedy zadziwiająco pewnie, jakby już tam była, jakby to była autopsja, a nie wyobrażenie:

- Synku, w piekle na powitanie pokazują ci wszystkie twoje niewykorzystane szanse, pokazują, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś we właściwym czasie wybrał właściwe wyjście. A potem pokazują ci wszystkie te chwile szczęścia, które straciłeś (...) pokazuje się w piekle, co mogliby w życiu osiągnąć...

- A potem? Mamusiu, co się dzieje potem, kiedy już to wszystko pokażą?

- Potem, synku, zostawiają cię samego z twoimi wyrzutami sumienia. Na całą wieczność. Nie ma już nic ani nikogo. Tylko ty i twoje wyrzuty sumienia.”
Książka została nagrodzona Paszportem „Polityki” w 2003 roku i Literacką Nagrodą Nike w 2004. Na jej podstawie powstał film Magdaleny Piekorz pt. „Pręgi”, do którego scenariusz napisał sam autor. Nie oglądałam i chyba nie chcę. Wystarczy mi ten ból, którego doświadczyłam podczas kilku godzin, które spędziłam z książką.

„Gnój” to powieść, po którą zdecydowanie warto sięgnąć.  Dobrze napisana i mocna w wyrazie, zostaje w głowie na długo. 


11 lip 2017

BookAThon Lato 2017: Wyniki

Okej, nadszedł czas na przyznanie się bez bicia, ile książek udało mi się przeczytać podczas tygodniowego maratonu czytelniczego BookAThon Lato 2017. Z 6 zaplanowanych książek udało mi się przeczytać 4, czyli większość  i o jedną więcej niż się spodziewałam (taka mała niespodzianka dla siebie samej). Mimo że nie udało mi się dobić do 1500 przeczytanych stron, to i tak naprawdę cieszę się z wyniku, bo termin wypadł dość niefortunnie ze względu na zawodowy wyjazd do Ljubljany. Czytałam z przyjemnością, nic na siłę. Po prostu zamiast wgapiać się tępo w Facebooka, Twittera czy Instagrama, wolałam poświęcić czas na książki. I to był mój główny cel: Uwolnić się od złodziei czasu.

A teraz konkrety, czyli tytuły i liczby.

Przeczytane książki: 4 (na 6)
Przeczytane strony: 1009 (na 1500)

Tytuły:
W.Kuczok „Gnój”
M.White „Tolkien. Biografia”
Opracowanie zbiorowe „Spotlight. Zdrada”
A.Christie „Morderstwo w Orient Expressie”

„Gnój” Wojciecha Kuczoka znałam już wcześniej i dobrze mi było wrócić do tej książki. „Morderstwo w Orient Expressie” bardzo mi się spodobało i uznałam, że fajnie by się to chyba czytało w języku angielskim.
Biografia Tolkiena była ciekawa, napisana przystępnie – dobrze się czytało, a „Spotlight. Zdrada” o kryzysie w kościele katolickim sprawiło, że nie byłam w stanie zapanować nad swoimi nerwami na wieść o ogromnej skali pedofilii i homoseksualizmu wśród kleru.

Podsumowując, cieszę się z wyniku i z tego, że nie traciłam przyjemności z czytania. Czekam na następny BookAThon, marząc o tym, żeby udało mi się kiedyś przeczytać wszystkie zaplanowane książki. Do następnego!

PS. Od przyszłego tygodnia wracam z recenzjami. Rezygnuję z Majowych Odkryć na rzecz opinii, bo już dawno żadnej nie było. Na pewno możecie się spodziewać kilku słów o „Gnoju” Kuczoka i „Spotlight”, oprócz tego zaległe „Wilki” Wajraka i… niespodzianka, czyli mój pierwszy egzemplarz recenzencki. Buźka!