17 cze 2017

Mircea Eliade "Młodość stulatka"

Starość. Niektórzy nazywają ją jesienią życia i robią użytek ze swych doświadczeń, wdzięczni za każdą przeżytą chwilę. Zdarzają się jednak takie osoby, które nie potrafią pogodzić się z upływem czasu.

Jest deszczowy wieczór, wigilia Wielkiej Nocy 1938r. Akcja dzieje się w Bukareszcie. Siedemdziesięcioletni profesor, Dominik Matei, zmęczony chorobą Alzheimera, postanawia odebrać sobie życie. Udaje się do cerkwi na ostatnią modlitwę, jednak w drodze zostaje rażony piorunem.  Pomimo poparzeń na całym ciele, udaje mu się przeżyć wypadek. Co więcej, w czasie śpiączki jego ciało i dusza regenerują się i młodnieją. Po przebudzeniu Dominik ma około 30-40 lat. Tym niezwykłym wydarzeniem, oczywiście, interesuje się prasa. Dzięki niej nowina trafia do nazistów, którzy bardzo chętnie w ten sposób „odmłodziliby” kilku swoich więźniów dla dłuższej posługi...

Więcej o treści nie będę Wam pisać, żeby nie zdradzić za dużo. Co jest jednak wyjątkowe w tej książce? No właśnie. Po jej zakończeniu czytelnik zadaje sobie pytania „Jak to możliwe?”, "Co jest jawą, a co snem?" Dużo zastanawiania się, wiele niewiadomych, żadnej odpowiedzi.

Książka jest krótka – ma zaledwie 250 stron, z czego 20% zajmują fotografie z filmu Coppoli o tym samym tytule. Pomimo wielu niedoskonałości (czasem nie wiadomo kto, co, gdzie zrobił) wciąga tak, że kilka godzin mija niepostrzeżenie. Polecam do szybkiego czytania. 

6 cze 2017

Odkrycia: Kwiecień&Maj

Po dwóch miesiącach powracam z cyklem „Odkrycia”. Kwiecień i maj upłynęły mi na dwóch podróżach (Czechy i Słowacja), podczas których przeczytałam całkiem sporo książek (jak na mnie!), a w słuchawkach towarzyszył mi soundtrack z pierwszej części „Hobbita”. Dawno nie oglądałam interesującego filmu, ale w domu odstresowuję się przy „Teorii Wielkiego Podrywu” (8 sezon). Tak pokrótce wygląda opis moich kulturalnych aktywności z dwóch miesięcy. Szczegółowo skupię się tylko na podróżach. Wcisnę też listę przeczytanych książek, bo nie wszystkie zrecenzowałam.

Podróże


Brno


W Brnie spędziłam parę dni tuż przed Wielkanocą. Śpiewałam tam dwa koncerty w Miejskim Teatrze, a w wolnych chwilach napawałam się pięknem tamtejszych zabytków. W Wielką Sobotę udałam się nawet na poszukiwania znaków Wielkiej Nocy w kościołach, ale prawie niczego nie znalazłam. Nie zmienia to postaci rzeczy, że Brno jest miastem bardzo ładnym i na pewno warto się tam wybrać. Najbardziej podobał mi się kościół św.Tomasza (zdj.1, po lewej stronie), św.Michała (zdj.1, po prawej stronie daleko za ławką) i Katedra św.Piotra i Pawła (zdj.1, góra-środek, widziana z perspektywy klasztoru ojców Kapucynów). Niestety na czas Wielkanocny zamknięte zostały grobowce kapucynów, które bardzo chciałam zobaczyć. Nie udało mi się również wdrapać na górę do Zamku Špilberk, bo nie miałam przy sobie sportowego obuwia, a zbyt drogie są mi kolana i kostki, żeby tam włazić w obcasach😅 Mam więc pretekst do powrotu. Starówka w Brnie urzeka wąskimi uliczkami i pięknymi budynkami (przynajmniej z zewnątrz, bo nie wszędzie da się wejść). Można sobie kupić niedrogą kawę na wynos i powolutku sobie spacerować – jeden dzień na zwiedzanie Starego Miasta w zupełności wystarczy.



Trnava

 

W Trnavie byłam przez tydzień od poniedziałku 22.05 do niedzieli 28.05. Jest to niewielka miejscowość położona na Słowacji jakieś 40km na wschód od Bratysławy. I znów, gdy tylko miałam chwilę wolnego czasu, to nie mogłam usiedzieć w pensjonacie, lecz wolałam pójść na spacer. I o ile w Brnie na zobaczenie Starówki wystarcza 1 dzień, o tyle w Trnavie spokojnie można się wyrobić w jeszcze krótszym czasie. Jak już pewnie zauważyliście, uwielbiam architekturę sakralną. Wszędzie gdzie jestem, szukam najpierw kościołów do zwiedzania. Tak było i tym razem. Pierwszego dnia moje serce skradła Bazylika św.Mikołaja, która sąsiadowała z moim pensjonatem (oj tam, bicie dzwonów 3 razy dziennie nie jest aż takie złe😉). Na collage’u pierwszym widzicie Bazylikę i jej okolice w dzień i w nocy. W Internecie wyczytałam jednak, że to wcale nie ona jest najważniejszym artystycznie kościołem w Trnavie. Pierwsze miejsce zajmuje XVIII-wieczna Katedra św.Jana Chrzciciela. Gdy podeszłam pod Katedrę, od razu miło mi się zrobiło, gdy zobaczyłam pomnik Jana Pawła II, który nie jest jego karykaturą, lecz w miarę wiernym odwzorowaniem. Jednak to, co ujrzałam w środku zaparło mi dech w piersiach! Ogrom i majestat! Przepiękne złocenia ogromnego ołtarza, kolorowe sklepienia... Chodziłam tam jak w amoku. Zdjęcia wnętrza przedstawia collage nr2 – środek i prawa strona (po lewej jest dojście od Bazyliki św.Mikołaja do Rynku). 



W Trnavie brałam udział w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym. Jakże wielkim zaskoczeniem było dla mnie, gdy jako jedyna laureatka, oprócz pieniędzy i kwiatka, dostałam KSIĄŻKĘ! Napisana, oczywiście, w języku słowackim, ale w zupełności mi to nie przeszkadza. Jestem fanką języków obcych, a poza tym całkiem sporo jestem w stanie zrozumieć po słowacku. Mówić ani pisać nie umiem, ale czytać ze zrozumieniem raczej tak (ze słuchaniem ciut gorzej). Dlatego bardzo się z tego prezentu ucieszyłam. 


Książki


W kwietniu i w maju przeczytałam 10 książek. To dużo, jak na mnie. Poniżej lista:

R.Riggs „Osobliwy dom Pani Peregrine” (7/10)
J.Green „Gwiazd naszych wina” (6/10)
Marek Aureliusz „Rozmyślania” (6/10)
B.Pawlikowska „Kurs szczęścia” (7/10)
E.E.Schmitt „Zapasy z życiem” (3/10)
R.Byrne „Nauki na każdy dzień” (2/10)

Książki są dość różnorodne, to i paleta ocen szeroka. Od „Słowika” którym zachwycam się już od dłuższego czasu, aż po „Nauki na każdy dzień” R.Byrne, w których autorka co drugi dzień powtarza to samo, tyle że innymi (choć i to nie zawsze) słowami. „Kurs szczęścia” Beaty Pawlikowskiej też jest książką w stylu motywacyjno-poradnikowym, ale jednak wierzę w to, że te jej (dziwne czasami) sposoby, naprawdę mogą działać. „Zapasy z życiem” Schmitta to jedno wielkie słabe „coś”, w porównaniu z innymi książkami, które czytałam (niezapomniane doświadczenie z „Oskarem i Panią Różą”) – miałkie i nic nie wnoszące. „Osobliwy dom Pani Peregrine” podobał mi się, a po „Gwiazd naszych wina” i „Siedem minut po północy” spodziewałam się chyba czegoś więcej.


Tak mniej więcej wyglądały moje dwa miesiące – w podróży i zaczytane. W czerwcu wybieram się do Pragi, więc za miesiąc w „Odkryciach” na pewno trochę o tym mieście napiszę. W podróży zapoznam się z kilkoma płytami, na które chęć mam już od jakiegoś czasu. Nie zapomnę również o książkach. Obecnie czytam „Ziemiomorze” Ursuli K.LeGuin, więc trochę mi jeszcze zejdzie, zanim napiszę recenzję. Jednak w dalszym ciągu co tydzień będzie na Was czekał nowy wpis z zaległymi recenzjami, których jest pełno. 

Buźka!

30 maj 2017

Suzanne Collins
„Igrzyska śmierci tom 2: W pierścieniu ognia”


Po zachwycie nad pierwszą częścią „Igrzysk śmierci” zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę, żeby ochłonąć. Z nowymi siłami oraz głową otwartą na kolejne, krwawe doświadczenia wróciłam do okrutnego Panem.

Katniss Everdeen, którą spotykamy w drugiej części, jest inna niż na początku. Dziś już umie walczyć o swoje, jest odważna i dumna. Nie boi się igrać z ogniem, a gdy komuś z jej bliskich grozi niebezpieczeństwo, jest skłonna do najwyższych poświęceń.



Od momentu zakończenia Igrzysk życie bohaterki zmienia się diametralnie. Wraz z rodziną i przyjaciółmi żyje w Wiosce Zwycięzców, niczego jej nie brakuje, może pławić się w dobrobycie. Jednakże do tej pysznej beczułki miodu władza nieustannie dodaje łyżkę dziegciu. Nie może  bowiem wybaczyć Katniss jej zachowania na arenie, gdy razem z Peetą, swoim kontrowersyjnym czynem pokazali, że nie pozwolą, by traktowano ich, jak pionki w żałosnej grze Kapitolu. W momencie, gdy złamali tradycję Igrzysk, zgodnie z którą tylko jeden rekrut może zwyciężyć, udowodnili społeczeństwu, że można zagrać autokratom na nosie. Mniej odważni mieszkańcy Panem, w ciszy swoich serc, podziwiają ich za ten bohaterski czyn. Śmielsi, zaś, jawnie mówią o buncie. Podczas ogólnokrajowego Tournee Zwycięzców Katniss obserwuje, do czego zdolna jest władza, by ugasić tlący się ogień rewolucji. Tymczasem zbliżają się kolejne Igrzyska. Już po raz siedemdziesiąty piąty rekruci staną naprzeciw siebie, by walczyć na śmierć i życie. Z tym, że z okazji jubileuszu Kapitol przygotował dla swych obywateli spektakl, jakich mało. Spektakl, jakiego nikt się nie spodziewał.

Wartka akcja sprawiła, że przez kilka dobrych godzin nie mogłam oderwać się od powieści. Plastyczne, krwawe opisy wzmagały głód mojej wyobraźni w myśl, że „w miarę jedzenia apetyt rośnie”. Zachłystywałam się każdym akapitem, a i tak nie mogłam przestać karmić mojej fantazji. Od początku do końca czułam się zaskoczona i przerażona jednocześnie. Otwarcie buntowałam się przeciwko niektórym wydarzeniom, pomimo to czytałam z wypiekami na twarzy do samego finału. A gdy zamykałam książkę, w głowie kołatało się jedno pytanie „Jak to się mogło stać?”. Rzadko zdarza się, żebym śniła o wydarzeniach z książki, tutaj jednak kilka nocy przeżyłam jako Katniss Everdeen.

Ocena 10/10 (!)

23 maj 2017

Patrick Ness "Siedem minut po północy"

Drugą książką, która Was zainteresowała w mojej ankiecie na Twitterze było „Siedem minut po północy”, dlatego dziś kilka słów właśnie na jej temat.

 
Głównym bohaterem jest trzynastoletni Conor, który w tak młodym wieku musi radzić sobie z natłokiem doświadczeń, przerastającym nieraz nawet osoby dorosłe: rozwód rodziców, nieuleczalna choroba matki, problemy z przyjaciółmi, przemoc ze strony rówieśników... Z pomocą przychodzi mu wcale-nie-taki-straszny potwór. Nakreśla mu kilka historii, z których chłopiec ma wyciągnąć morał, a tym samym przygotowuje go do najgorszego – do ostatecznego pożegnania z jedyną prawdziwie kochającą osobą.

 


Co jest świetne – książka mała, delikatna i cienka jak dla dzieci, a jednak przedstawia uniwersalny temat i wartości. Problem finalnych pożegnań ma bowiem każdy z nas. Żaden moment nie jest właściwy, a śmierć nawet po długiej chorobie wydaje się być zaskoczeniem. Bardzo dojrzałą decyzją jest pogodzenie się z tym, co nieuniknione. Tylko ile z nas naprawdę to potrafi?


Opowieści są ważne - stwierdził potwór. - Czasami potrafią być nawet najważniejsze. Jeśli tylko niosą ze sobą prawdę.
Dużo dobrego przeczytałam i usłyszałam o tej książce długo przed tym, zanim wpadła mi w ręce. Przedwcześnie jednak dla mnie obrosła legendą, dlatego spodziewałam się ogromnego poruszenia i wybuchu płaczu na koniec. Niestety nie było mi dane tego doświadczyć. Może za szybko ją przeczytałam? Może nie wszystko zrozumiałam? A może po „Słowiku” Kristin Hannah tak zmieniła mi się wrażliwość czytelnicza, że już mało co mnie wzrusza? Co by nie było „Siedem minut po północy”, to na pewno opowieść piękna i warta poznania, ale postarajcie się nie wywierać na niej presji – nie popełnijcie mojego błędu.

16 maj 2017

Andrzej Sapkowski "Trylogia Husycka"

Trzy dni temu na Twitterze ogłosiłam sondę. Dałam Wam wybór książki, której recenzja pojawi się u mnie na blogu. Najwięcej głosów zdobyła (i tu moje zaskoczenie) „Trylogia Husycka” Andrzeja Sapkowskiego. Skąd zaskoczenie? Bo do wyboru były jeszcze „Osobliwy dom Pani Peregrine”, „Siedem minut po północy” i „Gwiazd naszych wina”. Wszystkie te książki były całkiem niedawno wielkimi hitami. A jednak wybraliście naszego polskiego autora.  A Wasz wybór jest mi szczególnie na rękę, bo o „Trylogii Husyckiej” właśnie najbardziej chciałam napisać😉

Ad rem.

Na „Trylogię Husycką” składają się:
  • „Narrenturm”
  • „Boży bojownicy”
  • „Lux perpetua”

Historia dzieje się w XVw. Głównym bohaterem jest Reinmar z Bielawy, zwany Reynevanem. Młodzieniec zajmuje się zielarstwem i medycyną. Wyprzedza go jednak sława z zupełnie innej dziedziny. Odkąd został przyłapany w sypialni z ognistą mężatką, na Dolnym Śląsku i w Czechach aż trąbi o jego słabości do kobiet. I jest to prawda. Reynevan, jak mało kto, jest mamiony porywami serca. Z tego powodu popełnia mnóstwo głupot (i drażni tym okrutnie czytelnika!). Za cudzołożnikiem idzie pościg, ale żeby zranić go dogłębnie, ktoś uderza w najczulszy punkt Reinmara – w jego rodzinę. Oszalały ze wściekłości, żądny zemsty, wielokrotnie wpada w tarapaty, jednak z opresji zawsze wyciągają go druhowie – Szarlej i Samson Miodek. Gdyby nie oni, historia Reynevana skończyłaby się mniej więcej w połowie pierwszego tomu.

- Nie ma we mnie już mocy. Nie ma mocy tam, gdzie nie ma nadziei.
- Nadzieja jest zawsze. Nadzieja to światłość wiekuista. Lux perpetua. La luce eterna.
Mimo że główny bohater jest bardzo emocjonalny, to nie uczucia i nie relacje międzyludzkie są tu najważniejsze. Sapkowski skupia się w „Trylogii...” przede wszystkim na przygodach, strategiach i wojnach husyckich. Są heretycy i są katolicy, którzy z nimi walczą. Gdzie w tym wszystkim Reynevan? Tego już Wam nie powiem. Odeślę Was do książek.

Po przeczytaniu całej trylogii wydaje mi się, że bardziej spodoba się ona mężczyznom, niż kobietom. Oni lubią opisy walk, politykę, strategiczne spotkania z mapą na stole i rozmowy okraszone soczystymi wulgaryzmami. Ja szukam w książce portretów psychologicznych, relacji międzyludzkich, emocji i poruszeń. Wszystko to znalazłam w „Sadze o Wiedźminie”, a w „Trylogii Husyckiej” mi tego zabrakło. Na duży plus jednak zasługuje niezwykle humorystyczny styl Sapkowskiego – wielokrotnie w pociągu musiałam się mocno powstrzymywać, by nie parsknąć śmiechem. Obiektywnie rzecz ujmując, jest to dobra literatura i na pewno warta poznania. 

7/10

PS. „Trylogię Husycką” nie tylko czytałam, ale również słuchałam. I gorąco polecam to słuchowisko! Mnogość aktorów, doskonała gra głosem, rewelacyjny narrator (Krzysztof Gosztyła). Naprawdę warto. 

Książki przeczytane w ramach wyzwania „Czytam polskie serie”
 

9 maj 2017

Kristin Hannah "Słowik"

Obawiam się, że będzie to jedna z najkrótszych recenzji na tym blogu. Bo jakich słów mo użyć, by opisać książkę, która tak głęboko poruszyła moje serce? By te wszystkie zdania, które chcę napisać, nie były tylko pustymi frazesami, których pełno dookoła? Chyba się nie da.

„Miłość pokazuje nam, kim chcemy być, wojna zaś – kim jesteśmy.”
Jesteśmy we Francji, w czasie II wojny światowej. Głównymi bohaterkami powieści są dwie siostry: Vianne i Isabelle.  Ich matka zmarła lata temu, po czym ojciec – uczestnik I wojny światowej – oddał dziewczynki obcym na wychowanie. Dziś już są dorosłymi kobietami. Vianne jest starsza, uprzejma i rozsądna. Dokładnie analizuje każdy ruch, by nie narazić swojej rodziny na niebezpieczeństwo. Isabelle jest młoda, odważna i niepokorna. Emocje ją zaślepiają. W swej nienawiści do wroga jest tak zdeterminowana, że postanawia wziąć aktywny udział w walce o wolną Francję.

„Słowik” to opowieść o okrucieństwie wojny. O tym, jak jedni ludzie zmieniają się w potwory, a drudzy próbują jakkolwiek siebie i swe rodziny przed tymi zwierzętami w ludzkiej skórze uchronić. Wojna to nieustanna próba lojalności, przyjaźni i miłości, a miłość jest słabością, którą wróg ochoczo wykorzystuje, by upodlić swą ofiarę.

„To nie boli, powtarzała w duchu, to tylko moje ciało. Nie mogą tknąć mojej duszy.”
Czy jednak rzeczywiście nie mogą tknąć duszy? Doświadczenia wojenne zmieniają ludzi nie do poznania. Gdy opadnie bitewny pył, wnętrze człowieka na długi czas pozostaje złamane. I przez wiele lat pamięta ten lęk, nieufność, żal i trwanie na granicy życia i śmierci.

„Tato - szepnęła, a to proste słowo zdawało się zawierać w sobie niezmierzoną głębię.”
„Słowik” to powieść bardzo poruszająca, wielokrotnie płakałam podczas lektury. Całym mym sercem wstrząsała tęsknota, smutek i ból, a bezradność rozdzierała mnie od środka. Dawno tak mocno nie przeżywałam książki.

10/10

28 kwi 2017

10 ulubionych cytatów z okazji 113 rocznicy urodzin Jana Sztaudyngera

28 kwietnia 1904 urodził się polski poeta i satyryk, autor fraszek, często o zabarwieniu erotycznym. Niektóre z nich znane są bardzo dobrze, jak np. "Jeśli nie chcesz mojej zguby, daj mi banknot, ale gruby". Przedstawiam Wam Jana Sztaudyngera i 10 jego złotych myśli, które szczególnie mi się podobają.

Twoim imieniem się pieszczę, gdyby tak tobą jeszcze?
Koncert miał dziwnie nieskładne brzmienie: 
wpierw grały zmysły, potem sumienie.
Jak ocalić takie jagnię, które samo wilka pragnie?
Każda jej pozycja to już propozycja.
Mam niewątpliwą ochotę na twą wątpliwą cnotę.
Twój uśmiech zwycięski był sprawcą mej klęski.
Kto śpi nie grzeszy, więc miła osobo,
nie będzie grzechu, gdy prześpię się z tobą.
Pamiętam jedną miłość,dłużej niźli inne,
Bo usta miała chętne, a oczy niewinne,
I gdy miłosną śpiewała piosenkę,
Na piersiach stromych kładła moją rękę,
Ażebym ręka, nie tylko uchem,
Mógł się wykazać mym muzycznym słuchem.
Proście, a nie będzie wam dana,
kobieta chce być zdobywana.
W miłości właśnie cenię
Niedoświadczenie.
Miłość nie jest kunsztem,
Miłość jest wzruszeniem.

Tak właśnie... Miłość jest wzruszeniem. 


Tym romantycznym akcentem kończę swój wpis. Mam nadzieję, że cytaty Jana Sztaudyngera zarówno Was rozbawiły, jak i dały do myślenia. A może macie jakieś ulubione myśli J.Sztaudyngera? Podzielcie się 😉

25 kwi 2017

Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Celowo wzięłam się za tę książkę dopiero, gdy opadły – dodatkowo podsycane ekranizacją – emocje. Zwykle jestem ostrożna, jeśli chodzi o chwalebne recenzje pisane z tyłu na okładkach. Tak było i tym razem. Myślałam, że „Dziewczyna z pociągu” to totalny, ale dobrze rozreklamowany, gniot. Dużo negatywnych recenzji przeczytałam, lecz zamiast posiłkować się opiniami innych, wolałam sama wyrobić sobie zdanie. Może właśnie dlatego, że nie spodziewałam się cudów, książka całkiem mi się podobała?

Główną bohaterką jest Rachel – kobieta z problemami, samotna, zaniedbana, nieogarnięta życiowo alkoholiczka, która właśnie straciła pracę. Siłą nawyku (ale też i po to, by nie przyznawać się do porażki przed współlokatorką) w dalszym ciągu odbywa codzienne podróże do miasta i z powrotem. Siedząc w pociągu, zagląda w okna domów i dopowiada sobie historie o ich mieszkańcach. W sposób szczególny upodobała sobie jedną parę, której życie wkrótce przewraca się do góry nogami. Rachel staje się mimowolnym świadkiem szokujących wydarzeń.


Tak pokrótce przedstawia się treść książki. Narracja prowadzona jest z perspektywy kilku bohaterów – bardzo lubię ten zabieg. Oczywiście, można było lepiej zbudować postaci, pogłębić je psychologicznie. Jednak wówczas książka nie miałaby 300 stron, a 600. Niewątpliwie dla wielu ludzi, objętość „Dziewczyny...” jest dużym plusem. Wartka akcja oraz pełne napięcia rozdziały wciągają i  powodują, że bez przerwy czytamy jeden za drugim. Dzięki temu książkę się wręcz pochłania.


Dla mnie „Dziewczyna...” jest bardzo dobra do podróży. Łatwa, nie wymaga wielkiego skupienia, czyta się ją dla rozrywki i dzięki niej czas szybko mija. Zwykle nie czytuję thrillerów, dlatego nie jestem jakimś szczególnym znawcą w tej dziedzinie. Co prawda, napięcie budowane przez autorkę przez większość książki później troszkę oklapło, ale i tak nie zmienia to mojej bardzo wysokiej oceny.


8/10

18 kwi 2017

Klasyczny Tag Książkowy




Witajcie po Świętach! Brzuchy pełne? Mój aż za bardzo!

Dziś u mnie na blogu Klasyczny Tag Książkowy, do którego nominowała mnie Kasia z bloga Biały Notes. Za nominację dziękuję i startuję z wyznaniami.

3... 2... 1...





1. Jaki gatunek najczęściej wybierasz?

Jestem bardzo elastyczna, jeśli chodzi o gatunki, jednak z dawnych czasów pozostała mi szczególna słabość do fantastyki. Chętnie również czytuję klasykę (Tołstoj, Dumas, Dostojewski, Hugo) oraz biografie. Nie stronię też od kryminałów, choć ciągle nie mogę się do nich w pełni przekonać.

2. Który bohater jest najbardziej podobny do Ciebie lub którym chciałbyś być?

Najbardziej podobna do mnie jest Essi Daven pseudonim „Oczko” z „Sagi Wiedźmińskiej”. Jak ja, zawodowo zajmuje się śpiewem, jest emocjonalna, romantyczna, znająca języki, a jak już się zakocha to całym sercem i niezależnie od tego, czy ta miłość ma szansę odnaleźć spełnienie, czy nie. 

Jak już jestem w tematyce Wiedźmińskiej, to chyba czasem wolałabym być tak wyrachowana, jak Yennefer, ale w głębi serca zachować wrażliwość Essi.

3. Jaką książkę dałabyś do przeczytania swojemu dziecku?

„Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Od tego zaczęła się moja miłość do książek. Potter w magiczny sposób przyciąga czytelnika i sprawia, że nie jest w stanie odłożyć książki na bok. Jestem przekonana, że moje dziecko byłoby zachwycone tak, jak ja byłam.

4. Wolisz książki w wersji papierowej, e-booki czy audiobooki?

Wolę wersję papierową, choć w podróż zabieram ze sobą czytnik e-book, żeby nie dźwigać dodatkowych kilogramów. Ostatnio też przekonuję się do audiobooków. Słuchowisko „Trylogii husyckiej” Sapkowskiego przenosi mnie zupełnie w tamten świat. Nie wiem jednak, czy zadziałałoby to również przy „zwykłym” audiobooku czytanym przez jedną osobę. 

5. Jaka książka zrobiła na Tobie największe wrażenie?

Jedyny, najukochańszy i najwspanialszy "Mały Książę". Od wielu lat niepodzielnie panuje w moim sercu.

6. Jaka książka nie zrobiła na Tobie dobrego wrażenia?

Najohydniejsza książka, jaką czytałam to „Kobieta i mężczyźni” Manueli Gretkowskiej. Fuj!

7. Czytasz jedną książkę od początku do końca czy zaczynasz kilka książek na raz?

Zazwyczaj czytam jedną, ale robię wyjątki, dla poradników, czy książek naukowych. Beletrystyki raczej nie mieszam.

8. Częściej czytasz wypożyczone książki czy raczej preferujesz własny zakup?

Od jakiegoś roku mam zasadę, że nie kupuję książek. Czasem od tej zasady odstępuję, ale bardzo rzadko. Pierwszym moim postanowieniem jest przeczytanie jak największej liczby książek już posiadanych. Ale jeśli interesuje mnie jakaś nowość i nie wiem, czy warto mieć ją na półce, to pożyczam z biblioteki. 

9. Jaką jedną książkę powinien przeczytać każdy, niezależnie od swoich zainteresowań?

Zdecydowanie „Małego Księcia”! Nie spotkałam jeszcze tak uniwersalnej książki, z której za każdym razem wyłapuje się coś nowego, niezależnie od tego, który raz się ją czyta. 

10. Czy oceniasz książkę po okładce?

Niestety często łapię się na tym, że tak. Wiem, że się nie powinno, ale jestem estetką i wzrokowcem, więc najszybciej zainteresuje mnie ładnie wydana książka.

11. Czy ulegasz promocjom cenowym na książki? Jeżeli tak, to jaka była największa ilość książek, jakie kupiłaś na promocji?

Tak, jak pisałam wyżej: ostatnio staram się nie kupować książek. Za czasów studenckich jednak wydawałam połowę swojego stypendium naukowego na nowe powieści. Największy jednorazowy zakup to było chyba 8 książek.

12. O jakiej książce marzysz?

Uhuuuu! Dużo tego! Ale gdybym miała wybrać jedną (wybór naprawdę ciężki), to pewnie byłaby to „Miniaturzystka” J.Burton. 

13. Ile książek liczy Twoja biblioteczka i jak przechowujesz swoje zbiory?

Nigdy nie liczyłam posiadanych książek, ale na pewno jest ich kilkaset. Nie sposób tego policzyć, bo mnóstwo książek zostało w moim rodzinnym domu. A tam, gdzie teraz mieszkam mam już zapełnione dwa regały, wielką ilość wiszących półek no i jeszcze pudła z książkami, których już raczej nie przeczytam, ale nie chcę sprzedawać, ani oddawać, a nie są na tyle wartościowe, żeby je trzymać na wierzchu.

14. Co najpierw: książka czy ekranizacja?

Jeżeli wiem, że film bazuje na książce, to najpierw czytam. Ale zdarza się, że oglądam nieświadomie, a później pluję sobie w brodę. Choć jeśli film mnie bardzo zainteresuje, to z dużym zapałem czytam również książkę (przykład: „Tajemnica Filomeny”)

15. Co teraz czytasz?

„Trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego, przeplataną krótszymi książkami, których nie czytałam już przez długi czas (ostatnio było to np. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” P.Coelho).

To tyle ode mnie. Czujcie się zaproszeni do Klasycznego Tagu Książkowego. Dajcie znać, gdy pojawi się u Was na blogach. Chętnie poczytam ☺

10 kwi 2017

Odkrycie kwartału, czyli 5 ulubionych (jak na razie) filmów z Judem Law

Moje marcowe odkrycia dedykuję aktorowi, którego znam już od wielu lat, ale dopiero niedawno zaczęłam odkrywać jego filmografię. Punktem zwrotnym był serial „Młody papież” (link do mojej opinii), w którym zagrał główną rolę i zauroczył mnie swoimi aktorskimi umiejętnościami. Kto to taki? Niesamowity Jude Law. Poniżej przedstawiam Wam wybranych 5 filmów, ze wszystkich, które do tej pory obejrzałam. 5 najlepszych zarówno pod kątem opowiedzianych historii jak i budowania postaci przez Juda.


 1. „AI Sztuczna Inteligencja”

Film, którego akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Głównym bohaterem jest pierwszy emocjonalnie rozwinięty robot – chłopiec stworzony do odczuwania i dawania miłości. David trafia do małżeństwa, którego syn znajduje się w śpiączce. Obdarza miłością swoją przybraną matkę, a ta, gdy jej rodzone dziecko zdrowieje, odrzuca Davida. Niestety, mechanizmu miłości nie da się cofnąć, a chłopiec-robot nieustannie tęskni za matką. Uważa, że mógłby być kochany, gdyby nie to, że nie jest człowiekiem. Zainspirowany bajką o Pinokiu, szuka Błękitnej Wróżki, z nadzieją, że przemieni go w chłopca. Wtedy jego marzenie mogłoby się spełnić.

Historia niesamowicie wzruszająca! Pokazuje potęgę najczystszej, niewinnej miłości. Płakałam od początku do końca i na pewno jeszcze wrócę do tego filmu. 10/10

2. „Alfie”

Tytułowy Alfie (Jude Law) jest pierwszej klasy uwodzicielem. Sprawia, że kobiety same wpraszają mu się do łóżka, a później przez długi czas nie mogą o nim zapomnieć. Dla wielu staje się idealnym kochankiem. Nie jest to jednak typ, który dałby się usidlić na całe życie. Pomimo uroczego uśmiechu i przesłodkiej powierzchowności, Alfie tak naprawdę jest dość bezwzględny. Biada tej, która go pokocha!

Film jest nawiązaniem do „Alfiego” z 1966 r., z Michaelem Cainem w roli głównej. I byłoby to beznadziejne „odgrzewanie kotletów”, gdyby nie Jude w roli głównej. Nie dość, że nie można oderwać od niego oczu, to jeszcze (gwarantuję!) uśmiech na jego widok nie schodzi z twarzy. Law jest tu jak ciasteczko do schrupania. Idealnie pasuje do tej roli. I to właśnie dzięki jego kreacji „Alfie” otrzymuje ode mnie 9/10


3. „Holiday”

Czy nie macie czasem tak, że gdy życie nie układa się po Waszej myśli, chcielibyście uciec jak najdalej i zakopać się choć na jakiś czas w zupełnie innej rzeczywistości? Taki właśnie reset fundują sobie Amanda i Iris, dwie nieznane sobie kobiety, które postanawiają zamienić się domami na tydzień. Jedna mieszka w USA, druga w Anglii. Zmiana domu równa się zmianie życia. Co prawda, na krótki czas, ale jednak. Obie uciekają od swoich niespełnionych miłości i niezdrowych ambicji. Czasami jednak mały wyjazd, a może obrócić życie o 180 stopni.
Bardzo dobry film. Pod koniec nawet trochę się popłakałam. Bardzo związałam się z bohaterami i trzymałam za nich kciuki. To dobrze świadczy o filmie. 9/10


4. „Windykatorzy”

Remy (Jude Law) zajmuje się odzyskiwaniem organów wewnętrznych, branych „na kredyt” przez ludzi, którym bardzo zależy na życiu. Gdy klienci nie wywiązują się z umowy i zalegają z opłatami, do akcji wkracza właśnie on z paralizatorem, skalpelami i różnymi innymi narzędziami. Wycina wątroby, nerki, serca... Praca, jak każda inna, nieprawdaż? Ale Remy naprawdę lubi tę robotę. Do czasu, gdy po wypadku sam (nieumyślnie) staje się klientem swojego pracodawcy. I nie ma co liczyć na znajomości! Biznes, jest biznes. W takich sytuacjach często przewartościowują się priorytety

Film wciągający, trzymający w napięciu. Trochę za dużo flaków na wierzchu, jak dla mnie, ale można na to przymknąć oko, a mocniej skupić się na historii człowieka, który w ciągu jednej chwili stracił wszystko. 9/10


5. „Panaceum”

Gdy mąż Emily trafia do więzienia, kobieta z trudem radzi sobie z sytuacją. Jest jej ciężko, z dnia na dzień co raz trudniej, aż w końcu wpada w depresję. Po odsiadce, mężczyzna wraca do domu, ale poza kilkoma zdawkowymi uśmiechami czy czułościami, nie może liczyć na nic więcej od swojej żony, która nadal zamyka się w swoim smutnym świecie. Emily trafia do dr Banksa (Jude Law), psychiatry, któremu ciężko jest zawiązać koniec z końcem, odkąd stał się jedynym żywicielem rodziny. By trochę więcej zarobić, lekarz podejmuje współpracę z koncernem farmaceutycznym, który wprowadza na rynek nowy „lek na wszelkie troski i zmartwieia”. Przepisuje Emily eksperymentalny medykament, którego skutki uboczne okazują się śmiertelnie niebezpieczne.

Dobry film. Dobrze nabudowane postacie. Gdzieniegdzie mi się dłużyło, ale mimo to 8/10


Ok, to tyle ulubionych filmów z Judem Law jak na razie. „Młody papież” nie pojawił się w tym zestawieniu z dwóch powodów. Po pierwsze: to serial, a nie film. Po drugie: wszystkie pienia i zachwyty umieściłam w osobnej notce, do której znów serdecznie Was zapraszam (link)

A Wy macie ulubione filmy z Judem Law? A może widzieliście, któryś z mojego zestawienia? Dajcie znać. Buźka!