9 lip 2018

O tym, jak obcojęzyczna książka nauczyła mnie pokory.



Witajcie po długiej przerwie!

Dziś chcę się z Wami podzielić doświadczeniem, które spowodowało moją długą nieobecność w social media i na blogu. Zainspirowana wieloma osobami (zarówno wirtualnie, jak i na żywo) postanowiłam przeczytać swoją pierwszą książkę w języku angielskim, która nie byłaby Harrym Potterem czy Małym Księciem. Prawdopodobieństwo porażki było bardzo małe, ponieważ angielskiego używam na co dzień – komunikuję się z pracodawcami, znajomymi, słucham podcastów, oglądam filmy, czytam artykuły w Internecie. A jednak coś zawiodło i tylko dzięki wrodzonemu uporowi, ale i refleksji udało mi się uciec przed całkowitą klęską. I o tym będzie ten wpis.

Wybór padł na „Tell no one” Harlana Cobena. Znany i lubiany kryminał, zazwyczaj wychwalany przez blogerów i recenzentów. Ruszyłam z kopyta. Wypożyczyłam z biblioteki i już w autobusie zaczęłam czytać (i tu mała gwiazdka: zazwyczaj nie czytam w autobusach, bo mam chorobę lokomocyjną, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać). Przeczytałam prolog. Wow! Naprawdę dobry! Nie mogłam się doczekać, aż wrócę do domu i „łyknę” tę książkę na raz. I zapewne tak by się stało, gdybym miała w rękach polskie tłumaczenie, a nie wersję anglojęzyczną.

Jestem osobą niecierpliwą, ale książkom akurat lubię poświęcać dużo czasu. Czytam je starannie, często wracam do poprzednich stron, jeśli jakiś wątek mi umknie. Zależy mi na zrozumieniu, a nie na szybkim przeczytaniu i przeskoczeniu do następnej. Niestety w przypadku powieści w języku angielskim to właśnie mój pierwotny brak cierpliwości mocno dawał mi się we znaki. Chora ambicja napędzała mnie do tego, by czytać na siłę. Wmawiałam sobie, że odpoczynek po dwudziestu stronach jest dla słabeuszy, że przecież jestem w stanie przeczytać 60 stron za jednym razem. Skutek: przemęczenie i nieuważność. Często łapałam się na tym, że nie pamiętam, o czym tak naprawdę czytam, a to nie pozwalało mi pójść dalej. I tak kręciłam się w kółko. Z tego powodu książkę czytałam ponad miesiąc. Wydawało mi się, że już mam jej dość, a tak naprawdę miałam dość siebie i swojego głupiego zachowania. Dopiero pod koniec udało mi się znaleźć przyjemność z lektury. Gdy  schowałam pazury swojej ambicji.

Czego nauczyło mnie to doświadczenie?

Pokory. Nie muszę wszystkiego od razu rozumieć. Nie muszę narzucać sobie szalonego tempa. Mogę w pełni czerpać radość ze sprawdzania znaczenia słówek, z zatrzymania się nad jakimś opisem trochę dłużej. Nikt mnie nie ocenia. Jestem tylko ja i książka. Gdy udało mi się zakończyć zapasy z samą sobą, gdy wsłuchałam się w głos książki, a nie siłaczki w moim umyśle – wtedy zyskałam harmonię i przyjemność czytania. 

Samoświadomości. Język angielski nie jest moim językiem ojczystym. Nie ukończyłam też filologii angielskiej. Mam prawo do niewiedzy. Ale mam też chęć rozwoju.

Żywego języka angielskiego. Doceniłam, że obcuję z tym, co autor naprawdę napisał, a nie z tym, co zostało przełożone na język polski. Zauważyłam nieprzetłumaczalne gierki słowne, zrozumiałe tylko w języku angielskim. No i nauczyłam się oczywiście paru nowych słówek.

Co mnie zaskoczyło?

Bałam się, że to doświadczenie zniechęci mnie do czytania czegokolwiek w języku obcym. Stało się zupełnie odwrotnie! Myślę, że wkrótce znów sięgnę po książkę anglojęzyczną. Nie wiem jeszcze jaką. Nie wiem jeszcze kiedy. Ale jedno wiem na pewno: będę mieć do niej zupełnie inne podejście niż to „Tell no one”.

Jeżeli macie ochotę na lekcję pokory, gorąco polecam Wam czytanie w języku obcym. Zmierzycie się wtedy nie tyle z owym językiem, co z sobą i swoim charakterem. 

5 cze 2018

Jessie Burton "Muza"

Dziś kilka słów o książce, z którą mam mały problem. Odwiedzając Wasze blogi przeczytałam dużo dobrego o Jessie Burton. Widziałam też pozytywne reakcje na Twitterze i na Instagramie, gdy dałam znać, że czytam „Muzę”. Swoje oczekiwania musiałam skonfrontować z rzeczywistością. Oto, co mi z tej konfrontacji wyszło.

Głównym bohaterem „Muzy” jest obraz przedstawiający z jednej strony kobietę, trzymającą w ręku odciętą głowę siostry, a z drugiej szykującego się do skoku lwa. Dzieło sztuki trafia w 1967 roku do galerii w Londynie, gdzie traktowane jest jako objawienie na kulturalnym rynku. Szczególnie zafascynowana jest nim 26-letnia Odelle Bastien, która trafia na poszlaki łączące ów obraz z historią rodziny Schlossów z lat 30-tych. Historią, która w nieoczekiwany sposób splata się z jej własnym życiem. 

„Muza” jest książką, którą bez wątpienia można uznać za wartościową. Czytałam ją z przyjemnością, przejmowałam się losami bohaterów, a i nierzadko krzywiłam się, gdy nie spodobały mi się ich zachowania (raz byłam nawet bardzo skrzywiona!). Bardzo „na plus” oceniam opisy obrazów, ich analizę oraz interpretację. Sama lubię doszukiwać się „drugiego dna” w różnych dziełach sztuki, dlatego ucieszył mnie każdy szczegół, którym narrator zechciał się podzielić. Szczególnie doceniam zgrabne wplecenie do fabuły wątku hagiograficznego Świętej Justy i Rufiny. A jednak, tak jak zaznaczyłam we wstępie, mam z tą książką problem. Właściwie to powinnam użyć czasu przeszłego, bo większy problem miałam czytając ją, niż oceniając. Chodzi o to, że pomimo wszelkich pozytywów, nie ciągnęło mnie do lektury. Po odłożeniu książki nie zastanawiałam się, co się wydarzy dalej, nie spędzało mi to snu z powiek. Nie tęskniłam za tą książką, gdy leżała na stoliku nocnym i czekała, aż wezmę ją do rąk. Niestety.

Mimo to za jej wartość literacką, dobrze skonstruowanych bohaterów oraz niemal namacalne opisy dzieł sztuki uważam „Muzę” za książkę bardzo dobrą. 



17 maj 2018

Agatha Christie "Dom zbrodni"

To było moje trzecie spotkanie z Agathą Christie. Wcześniej czytałam „Morderstwo w Orient Expressie” oraz „I nie było już nikogo”. Zarówno jedna, jak i druga książka była dla mnie objawieniem kryminalistycznym. Już w przedmowie autorka pisze, że „Dom zbrodni” to jedna z jej ulubionych książek, dlatego spodziewałam się fabularnego giganta zamkniętego w zaledwie 200 stronach. 

Niestety się zawiodłam. 

Co prawda, do samego końca nie miałam stuprocentowej pewności, kto stoi za morderstwem osiemdziesięcioletniego Arystydesa Leonidesa, ale przeczucie skierowało mnie w dobrą stronę. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że więcej przewidziałam czytając okładkę (spoiler!), niż zagłębiając się w powieść. Także jeśli chcecie być naprawdę zaskoczeni, odpuśćcie czytanie opisu na okładce, bo Wam może popsuć całą zabawę.

Treść  sama w sobie również nie zwaliła mnie z nóg. Wcześniejsze książki Christie pochłaniałam w kilka godzin. Ta zajęła mi 5 dni… przypominam objętość: 217 stron. Skąd takie wolne tempo? Z braku zainteresowania fabułą oraz rozdrażnienia jednym wielkim absurdem w postaci podawania szczegółów śledztwa osobie postronnej, będącej w luźnym związku z członkinią rodziny zamordowanego, tylko dlatego, że ta osoba postronna jest ojcem policjanta zajmującego się sprawą. Mocno naciągana sztuczna gmatwanina.

Niestety „Dom zbrodni” nie zainteresował mnie tak, jak poprzednie książki Christie, które czytałam. Właściwie to można powiedzieć, że ta powieść „ani mnie nie grzeje, ani nie ziębi”. No, może jednak trochę ziębi. Dlatego ocena: 4/10.

11 maj 2018

Carlos Ruiz Zafón "Labirynt duchów"


Kilka ładnych lat trzeba było czekać na finał Sagi o Cmentarzu Zapomnianych Książek Carlosa Ruiza Zafóna. Czy było warto? Zapraszam do przeczytania mojej opinii.

Aby lepiej poczuć klimat Barcelony, postanowiłam wrócić do początku i przeczytać wszystkie trzy wcześniejsze tomy Sagi, począwszy od „Cienia wiatru”, czyli w kolejności wydawniczej. Później pożałowałam, że nie wpadłam na pomysł przeczytania w kolejności zgodnej z chronologią zdarzeń, ale cóż... klamka zapadła. Następnym razem (który niewątpliwie nastąpi) będę mądrzejsza.

Oszczędzę Wam opowiadania treści, bo to możecie przeczytać wszędzie. Dlatego od razu przechodzę do własnych odczuć towarzyszących mi podczas lektury. Na początek ostrzeżenie: zaczynam od tego, co mi się w książce nie podobało, później skupię się na plusach. Wszystkie moje zarzuty są związane z ogromnymi nadziejami, które pokładałam w „Labiryncie...”.

Po pierwsze: dotychczas żadna książka Zafóna nie dłużyła mi się tak bardzo jak „Labirynt duchów”. Pierwsza połowa, pomimo intrygi i innych zawiłości, nie potrafiła mnie sobą trwale zainteresować. Później już coraz więcej mnie ciekawiło, ale w dalszym ciągu nie udało mi się wpaść w tę powieść jak przysłowiowa śliwka w kompot. Nie przypadła mi do gustu główna bohaterka, Alicja Gris, męczyły mnie wydarzenia, kręcące się wokół niej. Z jednej strony to dobrze, że wzbudzała we mnie emocje – to znaczy, że była porządnie zbudowana psychologicznie. Szkoda tylko, że nie udało mi się jej polubić.

Po drugie: brakowało mi tej niezwykłej atmosfery, która towarzyszyła mi nieustannie podczas czytania trzech pierwszych tomów Sagi. Tego tajemniczego klimatu, który niejednokrotnie powodował u mnie gęsią skórkę; wydarzeń, które nie pozwalały mi zasnąć z ciekawości, co będzie dalej; pytań, które mnie dręczyły, gdy nie mogłam oddać się lekturze zajęta innymi sprawami.

Po trzecie: proporcje. Uważam, że autor zbyt dużo miejsca poświęcił sprawie, którą miała rozwikłać Alicja. Kosztem tego zabiegu stało się zbyt szybkie i niedbałe zamknięcie głównego wątku, dotyczącego rodziny Sempere. Myślę, że o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby podzielenie „Labiryntu...” na dwie osobne książki: pierwsza – o sprawie Alicji, druga – będąca absolutnym zamknięciem serii. Wtedy autor miałby wystarczająco dużo miejsca na porządny finał i dopieszczenie szczegółów. A tak, wyszło trochę „po łebkach”.

Po czwarte: rozwiązanie wszystkich tajemnic. Nie rozumiem, dlaczego autor zdecydował się na podanie czytelnikowi wszystkiego „na tacy”. Po co? Osobiście wolę, gdy po zamknięciu książki nurtują mnie pytania, gdy powieść długo nie pozwala o sobie zapomnieć, gdy mam również dowolność w interpretacji zakończenia. Po przeczytaniu „Labiryntu duchów” czuję się trochę tak, jakby przewrócił mi się długo budowany misterny domek z kart. Jakby całe starania poszły na marne.

Ok, koniec zrzędzenia. Czas na plusy, bo książka podobała mi się, pomimo gorzkich żali, które wylałam w kilku powyższych akapitach.

Zafón to bardzo dobry pisarz. Taki, któremu można na ślepo zaufać. Moje wcześniejsze zarzuty są związane tylko i wyłącznie z moimi oczekiwaniami, które nie zostały spełnione. Liczyłam na to, że ostatni tom będzie arcydziełem. Nie oznacza to, że „Labirynt...” to książka zła. Co to, to nie! „Labirynt duchów” to dobra książka – o niebo lepsza od niejednej dostępnej na rynku. A Zafón to bardzo dobry autor. Dlatego właśnie stawia się mu najwyższe wymagania.

Budowa postaci – bez zarzutu. Jak zwykle każdy jest charakterystyczny, pełnokrwisty i potrafi wzbudzać w czytelniku emocje.

Opisy sytuacji i uczuć – świetne! Nieraz przyprawiały mnie nawet o własny, fizyczny ból. A rzadko kiedy udaje mi się współodczuwać z bohaterami.

Język – typowy dla Zafóna. Z jednej strony dość prosty, ale raz na jakiś czas autor wrzuca zdanie, które wymaga od czytelnika dłuższego zastanowienia. Oczywiście nie obyłoby się bez zakładek indeksujących, którymi zaznaczałam ulubione fragmenty lub aforyzmy, jednak było ich mniej niż zwykle.

Wspomnienia, które człowiek grzebie w grobie milczenia, nie przestają go prześladować.
Podsumowując: uważam, że „Labirynt...” jest dobrą książką, ale trochę jej brakuje do tej czystej doskonałości, do której Zafón przyzwyczaił mnie w trzech poprzednich tomach Sagi. Po cichu liczyłam na to, że „Cmentarz Zapomnianych Książek” będzie pierwszą serią, którą ocenię w całości na „dziesiątkę”. Szkoda, że się nie udało. Jednak pomimo wszelkich zarzutów, nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą książką. I cieszę się z każdej strony, którą mogłam przeczytać. Wierzę, że i Wy nie będziecie żałować poświęconego czasu.



27 mar 2018

Carlos Ruiz Zafón "Cień wiatru"

Czy też tak macie, że najtrudniej Wam się pisze o książkach, które najbardziej Wam się podobały? Zawsze boję się, że moja opinia obedrze daną powieść z całej jej wyjątkowości. Z drugiej strony gorąco pragnę Wam ją zarekomendować. Tak jest właśnie z „Cieniem wiatru” Carlosa Ruiza Zafóna.

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co masz już w sobie”

Znajdujemy się w Barcelonie z drugiej połowy XX wieku. Właściciel księgarni prowadzi syna,  Daniela Sempere, do miejsca, które ma pozostać ich tajemnicą. Tym miejscem jest Cmentarz Zapomnianych Książek. Tam Daniel może wybrać powieść dla siebie (choć krąży legenda, że to książka wybiera człowieka, a nie na odwrót). Chłopiec wychodzi stamtąd z „Cieniem wiatru” Juliana Caraxa. Po powrocie do domu zaczytuje się bez pamięci. Zafascynowany powieścią postanawia zgłębić wiedzę dotyczącą autora i szuka innych jego książek. Okazuje się, że wszystkie zostały spalone, a ostatni ocalały egzemplarz znajduje się właśnie w jego posiadaniu. Chłopiec znajduje się w niebezpieczeństwie, bo komuś bardzo zależy na tym, żeby zniszczyć absolutnie wszystkie książki Caraxa. Za wszelką cenę.

Do „Cienia wiatru” powróciłam po dziesięciu latach. Zazwyczaj unikam „odgrzewania kotletów”, ale Zafón pisze takie książki, do których zawsze warto wrócić nie doznając zawodu. Świat przez niego stworzony, zbudowany jest z wielu wątków, które splatają się ze sobą tworząc jedną, spójną całość. Bohaterowie są bardzo dobrze skonstruowani. Czyta się o nich, jak o prawdziwych ludziach z prawdziwymi problemami, można się do nich przywiązać i współodczuwać ich emocje. Styl Zafóna jest piękny, ale nie przesadzony. Uciechę znajdzie tu zarówno przeciętny czytelnik, jak i ten bardziej wymagający. Historia z pogranicza świata realnego i fikcji, romansu i kryminału. Niejednokrotnie czułam dreszcz niepokoju, po czym zaczynałam się śmiać z historyjek charyzmatycznego Fermina, żeby za chwilę wzruszyć się innym wydarzeniem. 

„Cień wiatru” polecam czytać w towarzystwie karteczek indeksujących. Ja swoje przykleiłam do zakładki, dzięki czemu mogłam mieć je zawsze przy sobie. Bez tego umknęłoby mi wiele ciekawych cytatów. Oto kilka z nich:

„Sekret wart jest tyle, ile warci są ludzie, przed którymi powinniśmy go strzec”

Nigdy nikomu nie ufaj, Danielu, a tym bardziej ludziom, których podziwiasz. Bo nie kto inny, a właśnie oni zadadzą ci najboleśniejsze rany”

„Zło zakłada jakąś moralną determinację, jakiś zamiar i pewną myśl. A głupiec nie pomyśli ani się nie zastanowi”

„Ktoś kiedyś powiedział, że w chwili, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy kochasz kogoś, przestałeś go już kochać na zawsze”

„Wspomnienia są gorsze niż kule”

„Póki ktoś nas pamięta, wciąż żyjemy”

Z całego serca polecam Wam tę książkę. I nieważne, czy już mieliście przyjemność ją czytać, czy jeszcze nie. Każde spotkanie z nią jest wyjątkowe. Jedno tylko ostrzeżenie: wciąga bez reszty, dlatego nie zdziwcie się gdy nie będziecie mogli spokojnie funkcjonować, a Waszą głowę będą zaprzątały marzenia o tym, by czym prędzej otworzyć książkę i wrócić do XX-wiecznej Barcelony.



9 mar 2018

Odkrycia: Marzec (Praga)

Dawno już nie było wpisu z cyklu „Odkrycia”. Czas wziąć się w garść i znów zacząć się z Wami dzielić magicznymi sytuacjami z mojego życia. Tematem tych "Odkryć" będzie Praga, którą odwiedziłam pod koniec stycznia.

Widok z Mostu Karola na starą część Pragi, Hradczany

Do Pragi zostałam zaproszona przez tamtejszą Operę Narodową. Miałam zaśpiewać koncert z okazji rocznicy urodzin Wolfganga Amadeusza Mozarta. Wiadomo, każdy koncert musi być poprzedzony próbami, dlatego na miejscu pojawiłam się już na 4 dni przed wydarzeniem. Pewnego dość ciepłego dnia miałam kilka godzin przerwy pomiędzy próbami. Postanowiłam, że czas wolny spędzę nie w hotelu wgapiając się bezmyślnie w telewizor, lecz na spacerze po praskim Starym Mieście. Była to moja pierwsza dłuższa wizyta w stolicy Czech, więc każdy widok, każdą budowlę, każde dzieło sztuki chłonęłam z dziecięcym zachwytem. Co tu dużo kryć. Zakochałam się w Pradze, jak w mało którym mieście dotychczas widzianym.

Schodząc ze wzgórza Hradczańskiego...
W tle kopuła Kościoła św.Mikołaja

Podróż rozpoczęłam od wzgórza Hradczany, czyli najstarszej części miasta. Pierwsza część spaceru była mocno pod górkę, ale warto było się tam wspinać, żeby zobaczyć Pragę „z góry”. Dodatkowo pięknie prezentuje się Loreta, będąca świątynią związaną z okresem krucjat. Piękne są też pałace Schwarzenbergów i Sternbergów. Wszystko to zobaczyłam niestety z zewnątrz, bo bałam się, że nie zdążę na wieczorną próbę. Udało mi się dość dokładnie obejść Hradczany, często nawet nie wiedząc, jak nazywają się określone budynki. Nie przeszkodziło mi to jednak w docenieniu piękna otaczającej mnie architektury. Zeszłam z powrotem na dół i tam gdzieś się zapodziałam. Przypadkiem natrafiłam na brzeg Wetławy, pełen łabędzi i kaczek. Rozpościerał się stamtąd piękny widok na słynny Most Karola. Porobiłam parę zdjęć i poszłam szukać owego Mostu. W międzyczasie pobłądziłam jeszcze dwa razy, ale warto było, bo dzięki temu znalazłam ciekawe ciasne i mało uczęszczane uliczki. Gdy udało mi się wreszcie wejść na Most Karola, oniemiałam z zachwytu. Po prawej i lewej stronie znajdowały się niesamowite rzeźby, z przodu prezentowała się „młoda” Praga, a z tyłu dumna i niewzruszona Praga „stara”. Myślałam, że dostanę oczopląsu od nadmiaru wrażeń! 

Młode i dorosłe łabędzie na brzegu Wetławy.
W tle Most Karola oraz kopuła Kościoła św.Franciszka z Asyżu

Cała Praga jest cudowna, ale jeden tylko zabytek jest dla mnie absolutnym faworytem, gdyż wzbudził we mnie tak silne emocje, jakich nie czułam już dawno. Mowa o Katedrze świętych Wita, Wacława i Wojciecha. Potężna, ogromna, majestatyczna! Sprawiła, że poczułam się jak mrówka, a moje problemy zeszły na dalszy plan. Naszły mnie wtedy różne filozoficzne rozważania: czym są problemy osobnej jednostki wobec potęgi wszechświata? Czym jest życie człowieka wobec wieczności? Katedra zdominowała mnie tak mocno, że nagle ni stąd ni zowąd w moich oczach pojawiły się łzy. Stałam jak zaczarowana, oparta o mur Hradczańskiego Zamku, 20m zaledwie od drzwi Katedry, a łzy mimowolnie płynęły mi po policzkach. Nie byłam w stanie nigdzie się ruszyć. Gdy otrząsnęłam się z pierwszego szoku, zafundowałam sobie drugi: wejście do środka Katedry. Tam wzruszenie znów wzięło górę. W środku jest niesamowita! Pierwszym skojarzeniem, które miałam, był film animowany Bagińskiego na podstawie opowiadania Jacka Dukaja pt. „Katedra” (notabene). Drugie skojarzenie było bardzo emocjonalne i intymne, więc oszczędzę sobie powrotu do niego, a Wam nic nie znaczącego bełkotu, bo pewnie tym właśnie stałyby się moje wynurzenia. Spędziłam tam naprawdę bardzo dużo czasu, podziwiając wnętrze z tylnej części Świątyni (możliwość zwiedzenia całej tylko za opłatą i mając mnóstwo czasu). 

Katedra świętych Wita, Wacława i Wojciecha
Widok z tyłu, bo trudno zrobić zdjęcie z przodu takiemu kolosowi mając tylko 20m odległości

Ale się rozpisałam! Mam nadzieję, że choć paru osobom udało się dojść aż tutaj. Jeśli tak, to ta garstka osób to moi mistrzowie cierpliwości. Dzięki!

Wracając do Pragi, słowem podsumowania. Jest to najpiękniejsza europejska stolica, jaką widziałam. Zdecydowanie warto tam pojechać, polecam wszystkim niezdecydowanym. Ja na pewno tam wrócę, ale już nie sama (choć z konieczności musiałam polubić samotne podróżowanie). 

Praga to zbyt piękne miasto, by zwiedzać je w pojedynkę. 

Selfie z brzegu Wetławy :) 

7 mar 2018

Rocznica śmierci Agnieszki Osieckiej


Dziś mija rocznica śmierci Agnieszki Osieckiej. Ta wielka polska poetka opuściła nas na zawsze w 1997 roku w wieku 61 lat. Zostawiła po sobie mnóstwo napisanych wierszy i tekstów piosenek, które do dziś inspirują polskich artystów. 

Jej twórczość poznałam bardzo późno, bo dopiero rok temu. Nie wstydzę się tego, wręcz przeciwnie. Cieszę się, że przeczytałam wiersze Osieckiej będąc już kobietą i lepiej rozumiejąc przesłanie napisanych przez nią słów, niż kilkanaście lat temu. 

Przedstawiam Wam jeden z moich ulubionych wierszy Agnieszki Osieckiej. Wybór był trudny, ale wierzę, że docenicie.


"Ach, nie mnie jednej"

Takie dziś oczy mam niebieskie
jakby po walcu lub po chmurze,
taką mam w sercu kruchą łezkę
jak kropla, która rzeźbi różę...

Nie widać na mych smutnych włosach
śladów twej dłoni niecierpliwej,
nie słychać żalu w śpiewce kosa
i dobry Pan Bóg się nie dziwi.

Ach, nie mnie jednej,
ach, nie mnie jednej
to się zdarzyło - co się zdarzyło,
ach, czemuż tylko w rozmowie sennej
nie pamiętałam słowa: "Miłość"?

Spoglądam w nieba abecadło,
wstyd zostawiłam na posłaniu,
czemuż nie przeszły mi przez gardło
te proste słowa o kochaniu?

Nie wprowadzajcie się z rzeczami
między wieczorem a wieczorem,
jeśli te słowa o kochaniu
nie przyjdą na myśl w samą porę.

Ach, nie mnie jednej,
ach, nie mnie jednej
to się zdarzyło - co się zdarzyło,
ach, czemuż tylko w rozmowie sennej
nie pamiętałam słowa: "Miłość"?

A czy Wy darzycie szczególnym sentymentem któryś z tekstów Agnieszki Osieckiej? Dajcie znać w komentarzach.

Poniżej link do muzycznego wykonania powyższego wiersza. Piosenka pochodzi z płyty "NowOsiecka" i jest niesamowicie dobrze skomponowana. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.


6 mar 2018

Gabriel García Márquez: ulubione cytaty z okazji 91. rocznicy urodzin

Dziś swoje 91. urodziny obchodziłby Gabriel García Márquez, kolumibijski powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla, autor takich książek jak: "Sto lat samotności", "Miłość w czasach zarazy" i "Rzecz o mych smutnych dziwkach". 

Poniżej przedstawiam Wam 10 ulubionych cytatów jego autorstwa. Jestem pewna, że kilka z nich znacie.

Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu.
Jeżeli ktoś nie kocha cię tak jakbyś tego chciał, nie oznacza to, że nie kocha cię on z całego serca i ponad siły.
Najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej i będziesz wiedział, że ona nigdy nie będzie twoja.
W seksie szukamy pociechy, gdy cierpimy na niedostatek miłości.
Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem.
Nie płacz, że coś się skończyło, tylko uśmiechaj się, że ci się to przytrafiło.
Nie ma gorszego nieszczęścia jak umierać w samotności.
Rzecz w tym, że kokieteria to nałóg, którego nijak nie da się zaspokoić.
Ciekawość jest jedną z wielu pułapek miłości.
Ludzie, którzy nie śpiewają, nie mogą sobie nawet wyobrazić, czym jest szczęście śpiewania.
A Wy macie ulubione cytaty Márqueza? Jaka jest Wasza ulubiona jego książka?
Dajcie znać w komentarzach :)

2 mar 2018

10 ulubionych książek (cz.2)


Końcem września opisałam Wam 5 z 10 moich ulubionych książek. Dziś mamy już marzec! Dużo czasu zleciało, a ja pędzę do Was z następnymi pięcioma propozycjami na (ciągle) chłodne wieczory.
Przypomnę tylko. Do tej pory miałam przyjemność napisać o następujących książkach:

1. Antoine de Saint-Exupéry „Mały Książę”
2. Michaił Bułhakov „Mistrz i Małgorzata”
3. Aleksander Dumas (syn) „Dama Kameliowa”
4. Jostein Gaarder „Dziewczyna z pomarańczami”
5. Ignacy Karpowicz „Sońka”

(Zachęcam do przeczytania pierwszej części wpisu tutaj)

Dziś przybywam z następnymi ulubionymi powieściami.

Jedziemy!

6.  John Ronald Reuel Tolkien „Silmarillion”

Tolkienowska mitologia Śródziemia. Zachwycająco-Trudna: zachwycająca, ale trudna do czytania. Pamiętam, że miałam z nią problemy, ale gdy udało mi się już przyzwyczaić się do ciężkiego języka i w pełni skupić swoją uwagę na historii, świat ten pochłonął mnie całkowicie. Tolkien pisze o własnej wizji powstania Ardy (Ziemi) oraz stworzeń ją zamieszkujących. Zazwyczaj historia świata opowiadana jest z perspektywy krwawych walk i licznych ofiar, które oddały życie, żeby współczesność wyglądała tak, jak wygląda. Nie inaczej jest również w „Silmarillionie”. Jednak udało się tutaj Tolkienowi wpleść również dwie miłosne opowieści, których lektura dała mi bez wątpienia największą przyjemność. 

Cała recenzja „Silmarillionu” tutaj.

7. Mario Puzo „Ojciec Chrzestny”

Powieść, której chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. A to za sprawą genialnego filmu z Marlonem Brando w roli Don Vito Corleone. Co jednak najbardziej mi się w niej podobało? To, na co zazwyczaj zwracam uwagę: budowa psychologiczna postaci. Bohaterowie są po prostu prawdziwi, pełnokrwiści. Przyzwyczajamy się do nich, przeżywamy ich emocje, żałujemy ich, a czasem czujemy zimną satysfakcję, gdy coś wydarzy się dokładnie po naszej myśli. Bez wątpienia arcydzieło. I wcale mi w lekturze nie przeszkadzało to, że wcześniej widziałam już film. Mario Puzo ma takie pióro, że choćby nie wiadomo co się działo, to wyobraźnia leci dokładnie w tę stronę, w którą prowadzi ją autor.

8. Oscar Wilde „Portret Doriana Graya”

Następna książka z doskonałym zarysem psychologicznym postaci. Bo właśnie wnętrze człowieka jest tu najważniejsze. Czym jest moralność dla Doriana Graya? Kiedyś było zrozumiałym słowem, ale dziś już nie znaczy nic. Wszystko przez zgubny wpływ lorda Henry’ego Wottona, który rozmiłował młodego chłopaka w hedonistycznej pogoni za przyjemnościami. „Młody jest, niech się wyszaleje”? Dobrze, niech szaleje, ale tak, żeby jego dusza nie utraciła swego piękna.

Na podstawie książki powstał film, który również bardzo mi się podobał. A pełną recenzję powieści możecie przeczytać tutaj.

9. Carlos Ruiz Zafón „Cień wiatru”

Pierwszy tom cyklu „Cmentarz zapomnianych książek”. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z tą powieścią. I pamiętam, jak mocne uczucia we mnie wzbudzała. To było 10 lat temu. Chodziłam jeszcze wtedy do liceum. Nie mogłam się doczekać, aż po lekcjach wrócę do domu i wezmę do rąk „Cień wiatru”. Jest w tej książce coś, co nie pozwala o niej zapomnieć. Coś, co wsysa w sam środek. Doskonała historia, napisana w przystępny sposób. Mnóstwo ciekawych cytatów. Zalecam by podczas lektury mieć przy sobie naklejki indeksujące.

10. Éric-Emmanuel Schmitt „Oskar i pani Róża”

Ostatnia książka. 

Miniaturką rozpoczynałam swój cykl 10 ulubionych książek („Mały książę”) i miniaturką kończę. Choć, podobnie jak „Mały książę”, jest to książka o nad wyraz dojrzałym przesłaniu. 

„Oskar i pani Róża” kojarzy mi się przede wszystkim z ogromnym wzruszeniem. Jest to powieść poruszająca wszystkie najwrażliwsze struny serca człowieka. Niczego więcej nie jestem w stanie o niej napisać, bo żadne zdanie nie odda nawet w połowie uczucia, które żywię do tej książki.


To tyle ulubionych książek. Jestem przekonana, że większość z nich sami czytaliście, a jeśli nie, to na pewno je kojarzycie. Jakie macie odczucia odnośnie wymienionych przeze mnie powieści? Piszcie w komentarzach. Chętnie również poznam Wasze zestawienia ulubionych książek. Będę wdzięczna, jeśli podzielicie się ze mną swoimi preferencjami czytelniczymi czy to w komentarzach pod wpisem, czy na Waszych blogach. Dajcie znać!  

23 lut 2018

Jarosław Grzędowicz "Popiół i kurz. Opowieść ze świata pomiędzy"

Po skończeniu „Pana Lodowego Ogrodu” nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Próbowałam brać różne książki. Posłuchałam nawet audiobooka, który bardzo mi się podobał („Zapisane w wodzie” Pauli Hawkins). Ale to ciągle nie było to… I nagle zorientowałam się, że w zbiorach mojego M. znajduje się jeszcze jedna książka Grzędowicza! „Popiół i kurz”. Wzięłam z półki i przeczytałam. W dwa dni. Mogłabym w jeden, bo czasu wolnego mam teraz dość sporo, ale chciałam wydłużyć przyjemność.

„Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy”. Czym jest to „Pomiędzy”? Nie jest ani niebem, ani piekłem. Nie jest też czyśćcem. To jakby lustrzane odbicie naszego świata, wzbogaconego o stworzenia, których zazwyczaj nie widzimy, choć czasem wydaje nam się, że czujemy ich obecność. Mało kto może swobodnie przemieszczać się między światem materialnym a jego odbiciem, a już na pewno trudno jest to zrobić bezboleśnie. Trzeba bowiem najpierw „obumrzeć” w naszym świecie, żeby trafić do Pomiędzy. Tę umiejętność posiadł główny bohater powieści.

Piekło jest w nas. W środku. Każdy nosi je ze sobą, dopóki go nie pokona.

Imienia bohatera nie poznajemy. Wiemy, że w „naszym” świecie jest wykładowcą, a w Pomiędzy zajmuje się przeprowadzaniem dusz do następnego wymiaru, jak Charon. W tajemniczych okolicznościach ginie jego przyjaciel Michał – zakonnik Jezuita. Później na sznurze przywiązanym do wieży kościelnej wiesza się inny młody mnich. Zbyt dużo dziwnych przypadków na raz.

Dziura po kimś bliskim jest jak rana postrzałowa. Niby niewielka, ale nieznośna. Konsekwencje czyjejś śmierci to niekompletny, dziurawy świat, który pozostawił po sobie zmarły.

Nie zdradzę Wam niczego więcej z fabuły, bo książka jest tak krótka, a akcja tak szybko biegnie, że naprawdę nie wiadomo, ile można napisać, żeby nie było spoilerów. Powieść czyta się bardzo dobrze i szybko, bo historia wciąga niesamowicie. Grzędowicz jest mistrzem budowania napięcia i interesujących opisów. Jego poczucie humoru również bardzo mi odpowiada. Jest tylko parę minusów. Pierwszy, który od razu rzuca się w oczy – okładka. Niestety, mimo że pasuje do treści, to za grosz nie oddaje atmosfery, którą czuje się w książce. Przepraszam, ale jest naprawdę zniechęcająca. Drugi – książka jest za krótka i nie wykorzystuje pełni potencjału tematycznego. Wiem, że cała powieść jest rozwinięciem opowiadania „Obol dla Lilith” będącego tutaj prologiem. Wiem, że jest to bardziej opowiadanie, niż powieść (jeśli czepiać się nazewnictwa). Ale gdy mamy do dyspozycji 10 rozdziałów i przez 8 akcja dzieje się na 100%, po czym później nagle napięcie znika, zostaje pewnego rodzaju zawód. Miałam wrażenie, jakby autorowi ktoś kazał zmieścić się w tych 330 stronach i za późno go o tym poinformował. Czułam się, jakby ktoś nagle zabrał mi coś cennego. Tym czymś był właśnie genialny klimat tej książki. Szkoda.

„Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy” została nagrodzona nagrodą Zajdla w 2006 roku w kategorii: powieść. Ja też wysoko ją oceniam. Dostaje ode mnie 8/10 za te 8 ŚWIETNYCH rozdziałów. Mimo tych minusów, o których napisałam wyżej, jest to bez wątpienia książka, po którą warto sięgnąć. Gorąco zachęcam fanów polskiej fantastyki i tych, którzy nie mogą rozstać się z rewelacyjnym stylem pisania Grzędowicza po zakończeniu spotkania z "Panem Lodowego Ogrodu".

Koty nie są zwykłe. Zastanawiałeś się, dlaczego tyle śpią? Większość życia spędzają w świecie Pomiędzy. To nasz świat wydaje im się snem.