25 kwi 2017

Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Celowo wzięłam się za tę książkę dopiero, gdy opadły – dodatkowo podsycane ekranizacją – emocje. Zwykle jestem ostrożna, jeśli chodzi o chwalebne recenzje pisane z tyłu na okładkach. Tak było i tym razem. Myślałam, że „Dziewczyna z pociągu” to totalny, ale dobrze rozreklamowany, gniot. Dużo negatywnych recenzji przeczytałam, lecz zamiast posiłkować się opiniami innych, wolałam sama wyrobić sobie zdanie. Może właśnie dlatego, że nie spodziewałam się cudów, książka całkiem mi się podobała?

Główną bohaterką jest Rachel – kobieta z problemami, samotna, zaniedbana, nieogarnięta życiowo alkoholiczka, która właśnie straciła pracę. Siłą nawyku (ale też i po to, by nie przyznawać się do porażki przed współlokatorką) w dalszym ciągu odbywa codzienne podróże do miasta i z powrotem. Siedząc w pociągu, zagląda w okna domów i dopowiada sobie historie o ich mieszkańcach. W sposób szczególny upodobała sobie jedną parę, której życie wkrótce przewraca się do góry nogami. Rachel staje się mimowolnym świadkiem szokujących wydarzeń.


Tak pokrótce przedstawia się treść książki. Narracja prowadzona jest z perspektywy kilku bohaterów – bardzo lubię ten zabieg. Oczywiście, można było lepiej zbudować postaci, pogłębić je psychologicznie. Jednak wówczas książka nie miałaby 300 stron, a 600. Niewątpliwie dla wielu ludzi, objętość „Dziewczyny...” jest dużym plusem. Wartka akcja oraz pełne napięcia rozdziały wciągają i  powodują, że bez przerwy czytamy jeden za drugim. Dzięki temu książkę się wręcz pochłania.


Dla mnie „Dziewczyna...” jest bardzo dobra do podróży. Łatwa, nie wymaga wielkiego skupienia, czyta się ją dla rozrywki i dzięki niej czas szybko mija. Zwykle nie czytuję thrillerów, dlatego nie jestem jakimś szczególnym znawcą w tej dziedzinie. Co prawda, napięcie budowane przez autorkę przez większość książki później troszkę oklapło, ale i tak nie zmienia to mojej bardzo wysokiej oceny.


8/10

18 kwi 2017

Klasyczny Tag Książkowy




Witajcie po Świętach! Brzuchy pełne? Mój aż za bardzo!

Dziś u mnie na blogu Klasyczny Tag Książkowy, do którego nominowała mnie Kasia z bloga Biały Notes. Za nominację dziękuję i startuję z wyznaniami.

3... 2... 1...





1. Jaki gatunek najczęściej wybierasz?

Jestem bardzo elastyczna, jeśli chodzi o gatunki, jednak z dawnych czasów pozostała mi szczególna słabość do fantastyki. Chętnie również czytuję klasykę (Tołstoj, Dumas, Dostojewski, Hugo) oraz biografie. Nie stronię też od kryminałów, choć ciągle nie mogę się do nich w pełni przekonać.

2. Który bohater jest najbardziej podobny do Ciebie lub którym chciałbyś być?

Najbardziej podobna do mnie jest Essi Daven pseudonim „Oczko” z „Sagi Wiedźmińskiej”. Jak ja, zawodowo zajmuje się śpiewem, jest emocjonalna, romantyczna, znająca języki, a jak już się zakocha to całym sercem i niezależnie od tego, czy ta miłość ma szansę odnaleźć spełnienie, czy nie. 

Jak już jestem w tematyce Wiedźmińskiej, to chyba czasem wolałabym być tak wyrachowana, jak Yennefer, ale w głębi serca zachować wrażliwość Essi.

3. Jaką książkę dałabyś do przeczytania swojemu dziecku?

„Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Od tego zaczęła się moja miłość do książek. Potter w magiczny sposób przyciąga czytelnika i sprawia, że nie jest w stanie odłożyć książki na bok. Jestem przekonana, że moje dziecko byłoby zachwycone tak, jak ja byłam.

4. Wolisz książki w wersji papierowej, e-booki czy audiobooki?

Wolę wersję papierową, choć w podróż zabieram ze sobą czytnik e-book, żeby nie dźwigać dodatkowych kilogramów. Ostatnio też przekonuję się do audiobooków. Słuchowisko „Trylogii husyckiej” Sapkowskiego przenosi mnie zupełnie w tamten świat. Nie wiem jednak, czy zadziałałoby to również przy „zwykłym” audiobooku czytanym przez jedną osobę. 

5. Jaka książka zrobiła na Tobie największe wrażenie?

Jedyny, najukochańszy i najwspanialszy "Mały Książę". Od wielu lat niepodzielnie panuje w moim sercu.

6. Jaka książka nie zrobiła na Tobie dobrego wrażenia?

Najohydniejsza książka, jaką czytałam to „Kobieta i mężczyźni” Manueli Gretkowskiej. Fuj!

7. Czytasz jedną książkę od początku do końca czy zaczynasz kilka książek na raz?

Zazwyczaj czytam jedną, ale robię wyjątki, dla poradników, czy książek naukowych. Beletrystyki raczej nie mieszam.

8. Częściej czytasz wypożyczone książki czy raczej preferujesz własny zakup?

Od jakiegoś roku mam zasadę, że nie kupuję książek. Czasem od tej zasady odstępuję, ale bardzo rzadko. Pierwszym moim postanowieniem jest przeczytanie jak największej liczby książek już posiadanych. Ale jeśli interesuje mnie jakaś nowość i nie wiem, czy warto mieć ją na półce, to pożyczam z biblioteki. 

9. Jaką jedną książkę powinien przeczytać każdy, niezależnie od swoich zainteresowań?

Zdecydowanie „Małego Księcia”! Nie spotkałam jeszcze tak uniwersalnej książki, z której za każdym razem wyłapuje się coś nowego, niezależnie od tego, który raz się ją czyta. 

10. Czy oceniasz książkę po okładce?

Niestety często łapię się na tym, że tak. Wiem, że się nie powinno, ale jestem estetką i wzrokowcem, więc najszybciej zainteresuje mnie ładnie wydana książka.

11. Czy ulegasz promocjom cenowym na książki? Jeżeli tak, to jaka była największa ilość książek, jakie kupiłaś na promocji?

Tak, jak pisałam wyżej: ostatnio staram się nie kupować książek. Za czasów studenckich jednak wydawałam połowę swojego stypendium naukowego na nowe powieści. Największy jednorazowy zakup to było chyba 8 książek.

12. O jakiej książce marzysz?

Uhuuuu! Dużo tego! Ale gdybym miała wybrać jedną (wybór naprawdę ciężki), to pewnie byłaby to „Miniaturzystka” J.Burton. 

13. Ile książek liczy Twoja biblioteczka i jak przechowujesz swoje zbiory?

Nigdy nie liczyłam posiadanych książek, ale na pewno jest ich kilkaset. Nie sposób tego policzyć, bo mnóstwo książek zostało w moim rodzinnym domu. A tam, gdzie teraz mieszkam mam już zapełnione dwa regały, wielką ilość wiszących półek no i jeszcze pudła z książkami, których już raczej nie przeczytam, ale nie chcę sprzedawać, ani oddawać, a nie są na tyle wartościowe, żeby je trzymać na wierzchu.

14. Co najpierw: książka czy ekranizacja?

Jeżeli wiem, że film bazuje na książce, to najpierw czytam. Ale zdarza się, że oglądam nieświadomie, a później pluję sobie w brodę. Choć jeśli film mnie bardzo zainteresuje, to z dużym zapałem czytam również książkę (przykład: „Tajemnica Filomeny”)

15. Co teraz czytasz?

„Trylogię husycką” Andrzeja Sapkowskiego, przeplataną krótszymi książkami, których nie czytałam już przez długi czas (ostatnio było to np. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” P.Coelho).

To tyle ode mnie. Czujcie się zaproszeni do Klasycznego Tagu Książkowego. Dajcie znać, gdy pojawi się u Was na blogach. Chętnie poczytam ☺

10 kwi 2017

Odkrycie kwartału, czyli 5 ulubionych (jak na razie) filmów z Judem Law

Moje marcowe odkrycia dedykuję aktorowi, którego znam już od wielu lat, ale dopiero niedawno zaczęłam odkrywać jego filmografię. Punktem zwrotnym był serial „Młody papież” (link do mojej opinii), w którym zagrał główną rolę i zauroczył mnie swoimi aktorskimi umiejętnościami. Kto to taki? Niesamowity Jude Law. Poniżej przedstawiam Wam wybranych 5 filmów, ze wszystkich, które do tej pory obejrzałam. 5 najlepszych zarówno pod kątem opowiedzianych historii jak i budowania postaci przez Juda.


 1. „AI Sztuczna Inteligencja”

Film, którego akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Głównym bohaterem jest pierwszy emocjonalnie rozwinięty robot – chłopiec stworzony do odczuwania i dawania miłości. David trafia do małżeństwa, którego syn znajduje się w śpiączce. Obdarza miłością swoją przybraną matkę, a ta, gdy jej rodzone dziecko zdrowieje, odrzuca Davida. Niestety, mechanizmu miłości nie da się cofnąć, a chłopiec-robot nieustannie tęskni za matką. Uważa, że mógłby być kochany, gdyby nie to, że nie jest człowiekiem. Zainspirowany bajką o Pinokiu, szuka Błękitnej Wróżki, z nadzieją, że przemieni go w chłopca. Wtedy jego marzenie mogłoby się spełnić.

Historia niesamowicie wzruszająca! Pokazuje potęgę najczystszej, niewinnej miłości. Płakałam od początku do końca i na pewno jeszcze wrócę do tego filmu. 10/10

2. „Alfie”

Tytułowy Alfie (Jude Law) jest pierwszej klasy uwodzicielem. Sprawia, że kobiety same wpraszają mu się do łóżka, a później przez długi czas nie mogą o nim zapomnieć. Dla wielu staje się idealnym kochankiem. Nie jest to jednak typ, który dałby się usidlić na całe życie. Pomimo uroczego uśmiechu i przesłodkiej powierzchowności, Alfie tak naprawdę jest dość bezwzględny. Biada tej, która go pokocha!

Film jest nawiązaniem do „Alfiego” z 1966 r., z Michaelem Cainem w roli głównej. I byłoby to beznadziejne „odgrzewanie kotletów”, gdyby nie Jude w roli głównej. Nie dość, że nie można oderwać od niego oczu, to jeszcze (gwarantuję!) uśmiech na jego widok nie schodzi z twarzy. Law jest tu jak ciasteczko do schrupania. Idealnie pasuje do tej roli. I to właśnie dzięki jego kreacji „Alfie” otrzymuje ode mnie 9/10


3. „Holiday”

Czy nie macie czasem tak, że gdy życie nie układa się po Waszej myśli, chcielibyście uciec jak najdalej i zakopać się choć na jakiś czas w zupełnie innej rzeczywistości? Taki właśnie reset fundują sobie Amanda i Iris, dwie nieznane sobie kobiety, które postanawiają zamienić się domami na tydzień. Jedna mieszka w USA, druga w Anglii. Zmiana domu równa się zmianie życia. Co prawda, na krótki czas, ale jednak. Obie uciekają od swoich niespełnionych miłości i niezdrowych ambicji. Czasami jednak mały wyjazd, a może obrócić życie o 180 stopni.
Bardzo dobry film. Pod koniec nawet trochę się popłakałam. Bardzo związałam się z bohaterami i trzymałam za nich kciuki. To dobrze świadczy o filmie. 9/10


4. „Windykatorzy”

Remy (Jude Law) zajmuje się odzyskiwaniem organów wewnętrznych, branych „na kredyt” przez ludzi, którym bardzo zależy na życiu. Gdy klienci nie wywiązują się z umowy i zalegają z opłatami, do akcji wkracza właśnie on z paralizatorem, skalpelami i różnymi innymi narzędziami. Wycina wątroby, nerki, serca... Praca, jak każda inna, nieprawdaż? Ale Remy naprawdę lubi tę robotę. Do czasu, gdy po wypadku sam (nieumyślnie) staje się klientem swojego pracodawcy. I nie ma co liczyć na znajomości! Biznes, jest biznes. W takich sytuacjach często przewartościowują się priorytety

Film wciągający, trzymający w napięciu. Trochę za dużo flaków na wierzchu, jak dla mnie, ale można na to przymknąć oko, a mocniej skupić się na historii człowieka, który w ciągu jednej chwili stracił wszystko. 9/10


5. „Panaceum”

Gdy mąż Emily trafia do więzienia, kobieta z trudem radzi sobie z sytuacją. Jest jej ciężko, z dnia na dzień co raz trudniej, aż w końcu wpada w depresję. Po odsiadce, mężczyzna wraca do domu, ale poza kilkoma zdawkowymi uśmiechami czy czułościami, nie może liczyć na nic więcej od swojej żony, która nadal zamyka się w swoim smutnym świecie. Emily trafia do dr Banksa (Jude Law), psychiatry, któremu ciężko jest zawiązać koniec z końcem, odkąd stał się jedynym żywicielem rodziny. By trochę więcej zarobić, lekarz podejmuje współpracę z koncernem farmaceutycznym, który wprowadza na rynek nowy „lek na wszelkie troski i zmartwieia”. Przepisuje Emily eksperymentalny medykament, którego skutki uboczne okazują się śmiertelnie niebezpieczne.

Dobry film. Dobrze nabudowane postacie. Gdzieniegdzie mi się dłużyło, ale mimo to 8/10


Ok, to tyle ulubionych filmów z Judem Law jak na razie. „Młody papież” nie pojawił się w tym zestawieniu z dwóch powodów. Po pierwsze: to serial, a nie film. Po drugie: wszystkie pienia i zachwyty umieściłam w osobnej notce, do której znów serdecznie Was zapraszam (link)

A Wy macie ulubione filmy z Judem Law? A może widzieliście, któryś z mojego zestawienia? Dajcie znać. Buźka!

3 kwi 2017

Peter V.Brett "Malowany człowiek" (tom I i II)

Tom I: Zastraszona ludzkość, zniewolona przez żądne krwi demony reprezentujące ogień, kamień, drewno, wodę, piasek i wiatr. Każda noc może być ostatnią w życiu, a każdy wschód słońca jest błogosławieństwem. Ciągła praca nad umocnieniem zabezpieczeń runicznych, by we własnym domu czuć się bezpiecznie. W takim świecie żyje trójka bohaterów: Arlen, Leesha i Rojer. Każdego z nich poznajemy osobno, a ich drogi nie krzyżują się.

Arlen (ur. 307 Roku Plagi) to chłopiec mieszkający w Potoku Tibbeta. Jest ciekawy świata i już jako dziecko wyróżnia się umiejętnością szkicowania run, będących zabezpieczeniem przed śmiertelnym wrogiem – Otchłańcami. Fascynuje się rolą posłańca i marzy o tym, by móc kiedyś podróżować z wioski do wioski przynosząc niezbędne produkty i wiadomości od sąsiadów. Cechuje go odwaga odziedziczona po matce, gardzi zaś tchórzostwem.

Leesha (ur. 305 Roku Plagi) żyje w Zakątku Drwali. W miarę jak dojrzewa do bycia kobietą, dostrzega wady swojej matki: niewierność, wyrachowanie oraz desperacja w próbach wydania córki za mąż. Nie godzi się na takie traktowanie, co tylko pogarsza jej sytuację. Ponadto narzeczony rozpuszcza we wsi plotki o rzekomym współżyciu z nią. Napiętnowana i wytykana palcami udaje się na praktyki zielarskie do Starej Bruny. Tam z radością oddaje się zgłębianiu tajemnic uzdrawiających mikstur.

Rojer urodził się w 315 Roku Plagi w Rzeczułce. Na skutek nieszczęśliwych zdarzeń trafił pod opiekę minstrela, który nauczył go jak radować serca publiczności śpiewem, tańcem, żonglowaniem i grą na skrzypcach.

Tom pierwszy „Malowanego Człowieka” to książka niezwykle wciągająca. Słyszałam o osobach, które przeczytały ją w jedną noc (500 stron!). Mnie ta sztuka się nie udała, ale jestem skłonna uwierzyć w prawdomówność tych ludzi. Prosty język i interesująca fabuła powodują, że tę powieść po prostu się „pochłania”. Postacie zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe są świetnie nakreślone: pełnokrwiste i prawdziwie ludzkie, wraz ze swoimi mocnymi i słabymi stronami. Książkę wzbogacają dodatkowo ilustracje autorstwa Dominika Brońka. Pobudzają wyobraźnię i przerażają, przez co idealnie pasują do fabuły.

Tom II: Bohaterowie, których w pierwszym tomie poznaliśmy jako dzieci, są już dorośli. Każde z nich zostało źle doświadczone przez los, ale i również wyciągnęło z napotkanych sytuacji mądre wnioski. Rojer stracił opiekuna, Leesha niewinność, a Arlen człowieczeństwo. Wszyscy musieli się z czymś pożegnać, by w zamian otrzymać coś nowego, a z porażek uczynić tarczę nie do przebicia.

Ich drogi nareszcie się krzyżują. Spędzają ze sobą dużo czasu na trakcie i odczuwają narastającą więź. Wpływają na siebie nawzajem i dzięki temu razem stawiają czoła własnym lękom, a przeszłość już nie spędza im snu z powiek. Rojer zaczyna wierzyć we własne umiejętności, gdy odkrywa sposób na otumanienie Demonów. Rana w sercu Leeshy zabliźnia się, a dziewczyna zaczyna znów wierzyć w miłość i oddanie dwojga ludzi. Arlen zaczyna na nowo odczuwać ludzkie emocje, przypomina sobie, że są w życiu jeszcze inne rzeczy oprócz zgrai demonów, którą należy zgładzić.

Tom drugi trzyma poziom tomu pierwszego. W porównaniu z poprzednią księgą, która była niejako zarzewiem wydarzeń, tutaj akcja nabiera tempa. I nie należy wyciągać pochopnych wniosków porównując objętości obu książek (500 i 300 stron) – obydwie są jednakowo ciekawe.

"Malowany człowiek" w całości dostaje ode mnie solidne 8/10.

27 mar 2017

Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”

„... Więc kimże w końcu jesteś?
- Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.”
Rozmowa doktora Fausta z diabłem Mefistofelesem z powieści „Faust” Goethego.

Powyżej przytoczone motto oddaje podstawową ideę powieści „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. Zło nie może istnieć bez dobra a cień bez światła. Te dwa elementy przenikają się wzajemnie.

Akcja powieści trwa kilka dni i przypada na prawosławny Wielki Tydzień. W Wielką Środę Woland wraz ze swoją diabelską świtą przybywa do Moskwy. W czwartek występują w teatrze Variétés, w Piątek odbywa się bal u szatana, a w Wielką Sobotę Woland opuszcza Moskwę. Miasto to jest pokazane jako miejsce zepsute i przygnębiające. Bułhakow wplata w obraz stolicy Rosji wiele odniesień do reżimu totalitarnego. Nie boi się tematu inwigilacji, zaszczucia społeczeństwa, donosicielstwia ani aresztowań.

W miarę zagłębiania się w fabułę, czytelnik prowadzony jest przez trzy perspektywy czasowe. Płynnie przechodzi z współczesnej Moskwy  do dawnego Jeruszalaim, by później znaleźć się w piekielnych zaświatach. Łącznikiem pomiędzy tymi przestrzeniami jest szatan – główny bohater tej powieści, który czuwa nad rozgrywającymi się wydarzeniami.

„Mistrz i Małgorzata” to książka podzielona na dwie części. W pierwszej Bułhakow kładzie nacisk na działania diabelskiej świty pod przewodnictwem Wolanda. Cała grupa jest groteskowa zarówno w swoim wyglądzie jak i zachowaniu. Woland, Korowiow i kot Behemot (najbardziej charakterystyczna postać) są tutaj nośnikami humoru.  Wszędzie, gdzie się pojawiają dzieje się coś szczególnego, zabawnego.

Dwójka tytułowych bohaterów wprowadzona zostaje do fabuły stosunkowo późno. Małgorzata żyje u boku swojego męża, jednak serce oddała człowiekowi, którego kochać jej nie wolno. Nazywa go Mistrzem. Nie poznajemy jego imienia, dowiadujemy się jedynie, że jest pisarzem – autorem powieści o spotkaniu Poncjusza Piłata z Jeszuą Ha-Nocri. Na skutek załamania nerwowego spowodowanego negatywnymi recenzjami książki zrywa kontakt z Małgorzatą i na własne życzenie trafia do szpitala psychiatrycznego. Kobieta zaś z miłości i tęsknoty zawiera pakt z diabłem, byle tylko odnaleźć ukochanego. Uczucie pomiędzy bohaterami okazuje się tak silne, że nic nie jest w stanie go zniszczyć.

Dzieło Mistrza jest alternatywną wersją biblijnej historii. Odziera Jezusa z boskich cech, pokazując człowieka delikatnego i wrażliwego, niewinnie skazanego na śmierć przez ukrzyżowanie. Autor w akcie rozpaczy niszczy dzieło, sprzeniewierza się przez to roli artysty, jednak uzyskuje przebaczenie.

Jeden z moich znajomych niedawno powiedział „Czytałaś to kilka lat temu? W takim razie będziesz to czytać po raz pierwszy.” Nie rozumiałam wtedy, o co mu chodziło. Dziś już pojmuję: wielowątkowość, bogactwo perspektyw i wydarzeń czynią z „Mistrza i Małgorzaty” powieść, którą zawsze odkrywa się po raz pierwszy.

20 mar 2017

Czytelnicze nawyki TAG

Na blogu Biały Notes przeczytałam o wyzwaniu odnośnie nawyków czytelniczych. Jako że mam parę swoich, dziś o nich Wam napiszę. Zapraszam :)

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?

Dla mnie moment z książką jest jak święto, więc celebruję go, jak tylko mogę. Łóżko, kocyk, poduszka, herbata lub kawa i czas tylko dla mnie. Sporadycznie zdarza mi się czytać przy biurku, ale przyjemność z czytania jest wtedy mniejsza :)

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładek, czy przypadkowych świstków papieru?

Używam zakładek. Paragon, czy inny świstek przydaje się, gdy „atakuję” książkę od razu wychodząc z biblioteki, czyli rzadko.

3. Czy możesz czytać książkę tak po prostu, czy musisz dojść do 
końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?

To zależy od tego, jak mój mózg przyswaja czytane informacje. Jeśli wyobraźnia nie podąża za wzrokiem, wtedy nie czytam na siłę do końca rozdziału lub podrozdziału, tylko przerywam, cokolwiek by się nie działo.

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania?

Rzadko jem, jeśli już to jakiś herbatnik może się trafi – nigdy czekolada. Lubię natomiast, gdy jest obok mnie kubek kawy lub filiżanka herbaty, albo chociaż szklanka z wodą. Doceniam to zwłaszcza, gdy wydarzenia czytane zapierają mi dech :)

5. Czy jesteś wielozadaniowa? 
Potrafisz słuchać muzyki albo oglądać film w trakcie czytania?

Filmu nie oglądam czytając, bo za bardzo mnie rozprasza. Muzyki mogę słuchać, ale tylko klasycznej lub filmowej. Muzyka popularna dekoncentruje mnie, bo wsłuchuję się w słowa, w jakimkolwiek by one języku nie były. Jestem maniaczką lingwistyczną i zawsze szukam podobnych słówek w różnych językach.

6. Czytasz jedną książkę czy kilka na raz?

Zazwyczaj było tak, że czytałam jedną książkę, chyba że ta, którą aktualnie czytałam była zbyt duża, żeby ją wziąć w podróż. Wtedy zostawała ona w domu, a w drodze towarzyszyła mi inna. Wszelkie dylematy jednak rozwiązuje mi obecnie czytnik ebook.

7. Czytasz w domu czy gdziekolwiek?

Hmmm... powiem tak: czytam w miejscach, które w danej chwili „domem” mogę nazwać. Ze względu na swoją pracę, bardzo dużo podróżuję i w Domu Rodzinnym, tudzież w Domu, W Którym Chcę Założyć Rodzinę, jestem stosunkowo rzadko. Często bywam w hotelach, hostelach i innych miejscach noclegowych. Nie lubię natomiast czytać w autobusach (choroba lokomocyjna), pociągach (tu choroba nie obowiązuje, ale przeszkadzają głośno rozmawiający przez telefon ludzie) ani poczekalniach (ten sam problem, co w pociągach). Kawiarnie również mnie nie przekonują do czytania książki. Mam jedną, ulubioną i tam tylko oddaję się lekturze, bo jest cisza i spokój. W pozostałych mogę sobie, co najwyżej artykuł w gazecie przeczytać. I to krótki.

8. Czytasz na głos czy w myślach?

Czytanie na głos męczy mi gardło, więc wolę czytać w myślach. Poza tym czytając na głos często się przejęzyczam, a wtedy siada mi koncentracja :)

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie, albo pomijasz niektóre fragmenty?

Nie lubię psuć sobie przyjemności czytania przedwczesnym odkryciem tajemnicy. Tak samo nigdy nie pomijam nawet najnudniejszych fragmentów, bo wiem, że z jakiegoś powodu są one w książce.

10. Czy zaginasz grzbiety książek?

Raz tylko zagięłam. 10 lat temu, a mam wyrzuty sumienia do dziś. Nigdy więcej już tego nie zrobiłam. Dbam o książki i staram się, żeby nie było po nich widać śladów czytania.


To tyle ode mnie. Czujcie się zaproszeni do udziału w wyzwaniu. I podeślijcie mi linka, jak zrobicie swoje zestawienia. Chętnie poczytam.

Robiłam ostatnio sondę na Twitterze. Jestem ciekawa Waszych preferencji odnośnie treści publikowanych u mnie na blogu. Napiszcie mi w komentarzach, co Was najbardziej interesuje: Książki, Filmy, Muzyka, czy Comiesięczny Cykl „Odkrycia”

Będę wdzięczna.

13 mar 2017

Kącik muzyczny: Lizz Wright "The Orchard"

Dziś kilka słów o płycie, którą znam od ponad roku, a do której wracam często i zawsze z sentymentem. Przedstawiam Wam „The Orchard” Lizz Wright. 

Krążek otwiera „Coming Home”, a słuchacz już od pierwszych nut wpada w trans, z którego budzi się dopiero po ostatniej piosence. Przez godzinę znajdujemy się w tytułowym sadzie, otoczeni słodkimi owocami różnych kształtów i kolorów. Ciepła barwa głosu Lizz Wright otula nas, dając poczucie spokoju i bezpieczeństwa. 

Nie lubię wkładać artystów w szufladki gatunków muzycznych, więc jedynie dla ogólnej orientacji powiem, że na płycie przeważa zmysłowy, soulowy jazz. Dużo tu ballad o miłości i opuszczeniu, z czego według mnie najpiękniejsze dwie to „Hey Mann” oraz „Strange”. 

Wright jest posiadaczką ciemnego, pięknego altu i takimi też instrumentami (o głębokim brzmieniu) się otacza. Jej najbardziej słyszalnym towarzyszem jest gitara basowa, która bardzo dobrze współgra z tembrem głosu wokalistki. Jednakże zachowane zostały na tyle dobre proporcje dźwiękowe, że wszystko jest klarowne, wyselekcjonowane i czytelne. Dzięki temu właśnie mamy wrażenie, że naprawdę znajdujemy się na łonie natury w upalny dzień, a nie w przydymionej knajpie, choć repertuar doskonale by i tam pasował. 

W kontrze do melancholijnych ballad, stoi rytmiczne „My Heart”, „Leave me standing alone”, czy sensualny cover Tiny Turner „I idolize You”. 

Nie ma na tej płycie utworu, obok którego można przejść obojętnie. Najchętniej opisałabym Wam moje spojrzenie na każdą z piosenek, ale po pierwsze – nie chcę przedłużać, a po drugie – wolałabym nie narzucać Wam swojej interpretacji, a raczej zachęcić Was do własnej. 

Ręczę Wam, że jeśli już raz posłuchacie tej płyty, na długo pozostanie w Waszej pamięci. 


3 mar 2017

Odkrycia: Luty

Luty w porównaniu ze styczniem był dla mnie miesiącem dość spokojnym. Przebywałam raczej w Polsce, z wyjątkiem jednodniowego wypadu do Brna, w czasie którego nawet nie za bardzo miałam czas, żeby porobić jakieś zdjęcia. Wrócę tam na ciut dłużej w kwietniu, więc już za dwa miesiące możecie się spodziewać opowieści o Brnie. Tymczasem poniżej przedstawiam Wam kilka punktów, na które szczególnie zwróciłam uwagę w lutym.

Książka
Tydzień temu mogliście przeczytać u mnie recenzję książki „Wyznaję” Jaume’a Cabré. Powieść ta wywarła na mnie tak mocne wrażenie, że z czystym sumieniem umieszczam ją nie tylko na liście Odkryć lutowych, ale również na liście Odkryć Życia. Monumentalna, wielowątkowa, taka z której można by było zrobić pięć książek. Mocno skoncentrowana, wymagająca od czytelnika nieustannego skupienia. Taka właśnie jest książka „Wyznaję”. Gorąco polecam, jeśli macie ochotę przeczytać coś ambitnego. Link do mojej recenzji: klik.


Film
Przedwalentynkowy sobotni wieczór spędziłam w kinie na filmie „Sztuka kochania”. Opowiada on historię Michaliny Wisłockiej i jej walkę o świadomość seksualną Polaków (zwłaszcza Polek) oraz o czerpanie radości z seksu. Obraz niesamowicie dający do myślenia. Namiętne sceny pokazane są bardzo estetycznie, choć nie brak im ognia. Z zachwytem patrzy się na przepiękne ciało Magdaleny Boczarskiej, kreującej rolę Wisłockiej. Ale panią Magdalenę należy pochwalić przede wszystkim za głęboką psychologię postaci, odzwierciedlenie mocnego charakteru osoby tak zdeterminowanej, jak główna bohaterka. Kawał dobrej roboty! 


Wydarzenie
7 lutego miałam przyjemność wzięcia udziału w wernisażu wystawy malarstwa pt. „Piękno Ziemi Pomorskiej”, który odbywał się w Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie. Przedstawiane były prace państwa: Bygidy Śniateckiej, Zdzisława Karbowiaka oraz Tadeusza Podgórskiego. Mieszkam nad morzem ponad dwa lata i nadal nie potrafię nasycić się otaczającym mnie pięknem, toteż obrazy poruszyły mnie w sposób szczególny. W sposób szczególny ujęły mnie prace pana Tadeusza Podgórskiego (ostatnie zdjęcie).





To tyle ode mnie, jeśli chodzi o lutowe odkrycia. A co Was spotkało w lutym? Podzielcie się ze mną! 
 Pa :)

24 lut 2017

Jaume Cabré "Wyznaję"

Powieść ta majestatycznie prezentowała się na mojej półce już trzy lata. Bałam się jej. Bałam się, że nie zrozumiem, że się pogubię. I nareszcie nadszedł dzień przełomu. Zaczęłam czytać miesiąc temu, skończyłam dziś. Oto kilka moich przemyśleń na temat „Wyznaję” Jaume Cabré. 

„Wyznaję” to zapis całego życia a także kilkusetstronicowy list miłosny do jedynej i najukochańszej kobiety Adriana Ardévola. Już na wstępie należy mieć świadomość, że trzyma się w ręku prawdziwe arcydzieło. Pierwsze sto stron może zniechęcić, bo mnogość wątków wymaga od czytelnika nieustannego skupienia. Bardzo łatwo się tu pogubić. Jednak gdy już uda się przebrnąć przez przeplatankę tematów oraz ogrom obcojęzycznych wstawek (autor zabronił tłumaczenia niektórych fragmentów), wpada się w wir, który sprawia że żyjemy życiem głównego bohatera nawet gdy jesteśmy daleko od książki.

Adrian Ardévol i Bosch nie był kochanym dzieckiem. Można wręcz powiedzieć, że emocjonalnie był rodzicom obojętny. Z resztą, oni sami sobie nawzajem byli obojętni. Ojciec, który lata temu dla kobiety zrezygnował z życia duchownego, zajmował się kolekcjonowaniem antyków, a od syna wymagał obrania humanistycznego kierunku edukacji. Matka niewiele miała do powiedzenia, ale gdy już zabierała głos, to nalegała, by chłopak został wirtuozem gry na skrzypcach. Z dwojga złego opcja prezentowana przez ojca (włącznie z dziesięcioma językami do nauczenia) bardziej Adrianowi odpowiadała. Pasja do muzyki zaś przybliżyła go do Bernata Plensy, przyjaciela, który będzie trwał przy nim do końca życia. 

Adrian pisze o sobie w narracji pierwszoosobowej. Jednakże w narracji trzecioosobowej dopuszcza do swojej opowieści także postaci z przeszłości: nazistów, Żydów, lutników, mnichów i inkwizytorów. Historie te, porozrzucane od wieku XIV aż do XX, często związane są z antykwarycznymi przedmiotami, których pasję kolekcjonowana Ardévol odziedziczył po ojcu. 


Najważniejszym nabytkiem posiadanym przez bohatera są skrzypce wykonane w XVIIIw przez Lorenzo Storioniego. Pojawiają się w domu, gdy Adrian jest jeszcze chłopcem i od razu stają się najcenniejszym przedmiotem posiadanym przez rodzinę Ardévol. Instrument kunsztownie wykonany, o doskonale „dopieszczonym” kształcie posiada ciepłe, dojrzałe brzmienie, a wiek   działa tylko na jego korzyść. Z biegiem lat, Adrian odkrywa tajemnicę tych skrzypiec, z którymi łączy go niewyobrażalna emocjonalna więź.

Jednakże głównym tematem tej powieści jest zło. Adrian z upływem lat dowiaduje się, jak odległy od przyzwoitości był jego ojciec i jakim kosztem do domu trafiały kolejne antyczne nabytki. Ale nie tylko o zło indywidualne tutaj chodzi. Przenosząc się do XVw czytamy o inkwizycji, będącej przemocą w imię Boga, która miała na celu wyszukiwać, nawracać i karać heretyków za niewierność. Pięć wieków później skrajne zło doprowadza podczas II wojny światowej do okrutnej zbrodni przeciwko ludzkości w myśl nazistowskiej ideologii. Cabré podaje tu przykłady z obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, bestialstwo nazistów i zezwierzęcenie, które nie mieści się w głowie. Mimo że od tamtych wydarzeń minęły 72 lat, rany ciągle są świeże. Zło czai się obok nas i każdego dnia możemy stanąć z nim twarzą w twarz. Czy istnieje lekarstwo na nikczemność? Co mogłoby nim być? Piękno? Sztuka? Przyjaźń? Miłość?

Powieść słusznie porównywana jest do symfonii. Jednakże odnajduje swoje odbicie nie w symfonii klasycznej, uprawianej przez Haydna czy Mozarta, lecz w symfonii programowej Hectora Berlioza lub Gustava Mahlera. Posiada siedem części, a każda z nich nosi osobny tytuł w łacinie, który symbolicznie odnosi się do opisanej treści. Ponadto mamy tu motywy przewodnie: motyw zła, motyw skrzypiec, motyw miłości i motyw przyjaźni, co również charakteryzuje symfonię programową.

„Wyznaję” Jaume Cabré czytałam długo, bo ponad miesiąc. Warto było poświęcić tej książce aż tyle czasu. Jest to powieść bogata, wielowątkowa i bardzo wymagająca. Ambitna i bezkompromisowa. Dopiero co odłożyłam ją na półkę, a już wiem, że na pewno kiedyś do niej wrócę. 

17 lut 2017

Walentynkowy soundtrack: Dirty Dancing OST

Czas walentynkowy nie kojarzy mi się z książkami o miłości, lecz z filmem i muzyką. Rok temu opisywałam Wam ścieżkę dźwiękową z „Miasta aniołów”. W tym roku wybór padł na inny film, który mogę oglądać wielokrotnie – „Dirty Dancing”.

Nie ma chyba sensu opowiadania całej historii z filmu, gdyż jest ona powszechnie znana. Ogółem chodzi o to, że podczas wakacyjnego pobytu w ośrodku wypoczynkowym przeznaczenie łączy dziewczynę z dobrego domu - Baby (Jennifer Gray) z przystojnym tancerzem Johnnym Castle (Patrick Swayze). Tłem do ich miłosnej opowieści jest 20 znakomitych piosenek to potańczenia, do przytulania, a także tych ciut bardziej zmysłowych.

Kolejność piosenek nie jest niestety zgodna z tym, jak pojawiały się one w filmie (spory minus według mnie). I tak: krążek otwiera piosenka ze sceny finałowej filmu, będąca laureatem Oskara „(I’ve had) The Time of my Life” wykonywana przez Billa Medleya oraz Jennifer Warnes. Później już mamy totalny misz-masz rytmiczny i nastrojowy, który dopasuje się do słuchacza niezależnie od jego humoru. Najpiękniejszym utworem jest tu śpiewane przez Patricka Swayze „She’s like the Wind”. Cudowna ballada, której aktor dodaje jeszcze więcej ciepła swoim głosem. Z filmem kojarzy się również dialog pary kochanków zawarty w piosence „Love is strange” Mickeya i Sylvii. Ogromną popularnością pomimo upływających lat cieszy się również piosenka „Hungry eyes”.


Ale jest na tej płycie mnóstwo mniej znanych perełek, jak choćby nawet mój faworyt zmysłowości „Cry to me” Solomona Burke, rockowe „Overload” Zappacosty czy nieco infantylne „Will you still love me tomorrow?” The Shireless. 

Pomimo różnorodności gatunków, łatwo odnaleźć wspólny mianownik wszystkich piosenek. Jest nim taniec. Wiem, że teoretycznie do każdej muzyki można tańczyć, ale piosenki z filmu „Dirty Dancing” porywają w sposób szczególny. Mamy więc przed sobą 40 minut tupania, stukania i kręcenia biodrami. No to co? Tańczymy!😀