20 mar 2017

Czytelnicze nawyki TAG

Na blogu Biały Notes przeczytałam o wyzwaniu odnośnie nawyków czytelniczych. Jako że mam parę swoich, dziś o nich Wam napiszę. Zapraszam :)

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?

Dla mnie moment z książką jest jak święto, więc celebruję go, jak tylko mogę. Łóżko, kocyk, poduszka, herbata lub kawa i czas tylko dla mnie. Sporadycznie zdarza mi się czytać przy biurku, ale przyjemność z czytania jest wtedy mniejsza :)

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładek, czy przypadkowych świstków papieru?

Używam zakładek. Paragon, czy inny świstek przydaje się, gdy „atakuję” książkę od razu wychodząc z biblioteki, czyli rzadko.

3. Czy możesz czytać książkę tak po prostu, czy musisz dojść do 
końca rozdziału lub okrągłej liczby stron?

To zależy od tego, jak mój mózg przyswaja czytane informacje. Jeśli wyobraźnia nie podąża za wzrokiem, wtedy nie czytam na siłę do końca rozdziału lub podrozdziału, tylko przerywam, cokolwiek by się nie działo.

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania?

Rzadko jem, jeśli już to jakiś herbatnik może się trafi – nigdy czekolada. Lubię natomiast, gdy jest obok mnie kubek kawy lub filiżanka herbaty, albo chociaż szklanka z wodą. Doceniam to zwłaszcza, gdy wydarzenia czytane zapierają mi dech :)

5. Czy jesteś wielozadaniowa? 
Potrafisz słuchać muzyki albo oglądać film w trakcie czytania?

Filmu nie oglądam czytając, bo za bardzo mnie rozprasza. Muzyki mogę słuchać, ale tylko klasycznej lub filmowej. Muzyka popularna dekoncentruje mnie, bo wsłuchuję się w słowa, w jakimkolwiek by one języku nie były. Jestem maniaczką lingwistyczną i zawsze szukam podobnych słówek w różnych językach.

6. Czytasz jedną książkę czy kilka na raz?

Zazwyczaj było tak, że czytałam jedną książkę, chyba że ta, którą aktualnie czytałam była zbyt duża, żeby ją wziąć w podróż. Wtedy zostawała ona w domu, a w drodze towarzyszyła mi inna. Wszelkie dylematy jednak rozwiązuje mi obecnie czytnik ebook.

7. Czytasz w domu czy gdziekolwiek?

Hmmm... powiem tak: czytam w miejscach, które w danej chwili „domem” mogę nazwać. Ze względu na swoją pracę, bardzo dużo podróżuję i w Domu Rodzinnym, tudzież w Domu, W Którym Chcę Założyć Rodzinę, jestem stosunkowo rzadko. Często bywam w hotelach, hostelach i innych miejscach noclegowych. Nie lubię natomiast czytać w autobusach (choroba lokomocyjna), pociągach (tu choroba nie obowiązuje, ale przeszkadzają głośno rozmawiający przez telefon ludzie) ani poczekalniach (ten sam problem, co w pociągach). Kawiarnie również mnie nie przekonują do czytania książki. Mam jedną, ulubioną i tam tylko oddaję się lekturze, bo jest cisza i spokój. W pozostałych mogę sobie, co najwyżej artykuł w gazecie przeczytać. I to krótki.

8. Czytasz na głos czy w myślach?

Czytanie na głos męczy mi gardło, więc wolę czytać w myślach. Poza tym czytając na głos często się przejęzyczam, a wtedy siada mi koncentracja :)

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie, albo pomijasz niektóre fragmenty?

Nie lubię psuć sobie przyjemności czytania przedwczesnym odkryciem tajemnicy. Tak samo nigdy nie pomijam nawet najnudniejszych fragmentów, bo wiem, że z jakiegoś powodu są one w książce.

10. Czy zaginasz grzbiety książek?

Raz tylko zagięłam. 10 lat temu, a mam wyrzuty sumienia do dziś. Nigdy więcej już tego nie zrobiłam. Dbam o książki i staram się, żeby nie było po nich widać śladów czytania.


To tyle ode mnie. Czujcie się zaproszeni do udziału w wyzwaniu. I podeślijcie mi linka, jak zrobicie swoje zestawienia. Chętnie poczytam.

Robiłam ostatnio sondę na Twitterze. Jestem ciekawa Waszych preferencji odnośnie treści publikowanych u mnie na blogu. Napiszcie mi w komentarzach, co Was najbardziej interesuje: Książki, Filmy, Muzyka, czy Comiesięczny Cykl „Odkrycia”

Będę wdzięczna.

13 mar 2017

Kącik muzyczny: Lizz Wright "The Orchard"

Dziś kilka słów o płycie, którą znam od ponad roku, a do której wracam często i zawsze z sentymentem. Przedstawiam Wam „The Orchard” Lizz Wright. 

Krążek otwiera „Coming Home”, a słuchacz już od pierwszych nut wpada w trans, z którego budzi się dopiero po ostatniej piosence. Przez godzinę znajdujemy się w tytułowym sadzie, otoczeni słodkimi owocami różnych kształtów i kolorów. Ciepła barwa głosu Lizz Wright otula nas, dając poczucie spokoju i bezpieczeństwa. 

Nie lubię wkładać artystów w szufladki gatunków muzycznych, więc jedynie dla ogólnej orientacji powiem, że na płycie przeważa zmysłowy, soulowy jazz. Dużo tu ballad o miłości i opuszczeniu, z czego według mnie najpiękniejsze dwie to „Hey Mann” oraz „Strange”. 

Wright jest posiadaczką ciemnego, pięknego altu i takimi też instrumentami (o głębokim brzmieniu) się otacza. Jej najbardziej słyszalnym towarzyszem jest gitara basowa, która bardzo dobrze współgra z tembrem głosu wokalistki. Jednakże zachowane zostały na tyle dobre proporcje dźwiękowe, że wszystko jest klarowne, wyselekcjonowane i czytelne. Dzięki temu właśnie mamy wrażenie, że naprawdę znajdujemy się na łonie natury w upalny dzień, a nie w przydymionej knajpie, choć repertuar doskonale by i tam pasował. 

W kontrze do melancholijnych ballad, stoi rytmiczne „My Heart”, „Leave me standing alone”, czy sensualny cover Tiny Turner „I idolize You”. 

Nie ma na tej płycie utworu, obok którego można przejść obojętnie. Najchętniej opisałabym Wam moje spojrzenie na każdą z piosenek, ale po pierwsze – nie chcę przedłużać, a po drugie – wolałabym nie narzucać Wam swojej interpretacji, a raczej zachęcić Was do własnej. 

Ręczę Wam, że jeśli już raz posłuchacie tej płyty, na długo pozostanie w Waszej pamięci. 


3 mar 2017

Odkrycia: Luty

Luty w porównaniu ze styczniem był dla mnie miesiącem dość spokojnym. Przebywałam raczej w Polsce, z wyjątkiem jednodniowego wypadu do Brna, w czasie którego nawet nie za bardzo miałam czas, żeby porobić jakieś zdjęcia. Wrócę tam na ciut dłużej w kwietniu, więc już za dwa miesiące możecie się spodziewać opowieści o Brnie. Tymczasem poniżej przedstawiam Wam kilka punktów, na które szczególnie zwróciłam uwagę w lutym.

Książka
Tydzień temu mogliście przeczytać u mnie recenzję książki „Wyznaję” Jaume’a Cabré. Powieść ta wywarła na mnie tak mocne wrażenie, że z czystym sumieniem umieszczam ją nie tylko na liście Odkryć lutowych, ale również na liście Odkryć Życia. Monumentalna, wielowątkowa, taka z której można by było zrobić pięć książek. Mocno skoncentrowana, wymagająca od czytelnika nieustannego skupienia. Taka właśnie jest książka „Wyznaję”. Gorąco polecam, jeśli macie ochotę przeczytać coś ambitnego. Link do mojej recenzji: klik.


Film
Przedwalentynkowy sobotni wieczór spędziłam w kinie na filmie „Sztuka kochania”. Opowiada on historię Michaliny Wisłockiej i jej walkę o świadomość seksualną Polaków (zwłaszcza Polek) oraz o czerpanie radości z seksu. Obraz niesamowicie dający do myślenia. Namiętne sceny pokazane są bardzo estetycznie, choć nie brak im ognia. Z zachwytem patrzy się na przepiękne ciało Magdaleny Boczarskiej, kreującej rolę Wisłockiej. Ale panią Magdalenę należy pochwalić przede wszystkim za głęboką psychologię postaci, odzwierciedlenie mocnego charakteru osoby tak zdeterminowanej, jak główna bohaterka. Kawał dobrej roboty! 


Wydarzenie
7 lutego miałam przyjemność wzięcia udziału w wernisażu wystawy malarstwa pt. „Piękno Ziemi Pomorskiej”, który odbywał się w Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie. Przedstawiane były prace państwa: Bygidy Śniateckiej, Zdzisława Karbowiaka oraz Tadeusza Podgórskiego. Mieszkam nad morzem ponad dwa lata i nadal nie potrafię nasycić się otaczającym mnie pięknem, toteż obrazy poruszyły mnie w sposób szczególny. W sposób szczególny ujęły mnie prace pana Tadeusza Podgórskiego (ostatnie zdjęcie).





To tyle ode mnie, jeśli chodzi o lutowe odkrycia. A co Was spotkało w lutym? Podzielcie się ze mną! 
 Pa :)

24 lut 2017

Jaume Cabré "Wyznaję"

Powieść ta majestatycznie prezentowała się na mojej półce już trzy lata. Bałam się jej. Bałam się, że nie zrozumiem, że się pogubię. I nareszcie nadszedł dzień przełomu. Zaczęłam czytać miesiąc temu, skończyłam dziś. Oto kilka moich przemyśleń na temat „Wyznaję” Jaume Cabré. 

„Wyznaję” to zapis całego życia a także kilkusetstronicowy list miłosny do jedynej i najukochańszej kobiety Adriana Ardévola. Już na wstępie należy mieć świadomość, że trzyma się w ręku prawdziwe arcydzieło. Pierwsze sto stron może zniechęcić, bo mnogość wątków wymaga od czytelnika nieustannego skupienia. Bardzo łatwo się tu pogubić. Jednak gdy już uda się przebrnąć przez przeplatankę tematów oraz ogrom obcojęzycznych wstawek (autor zabronił tłumaczenia niektórych fragmentów), wpada się w wir, który sprawia że żyjemy życiem głównego bohatera nawet gdy jesteśmy daleko od książki.

Adrian Ardévol i Bosch nie był kochanym dzieckiem. Można wręcz powiedzieć, że emocjonalnie był rodzicom obojętny. Z resztą, oni sami sobie nawzajem byli obojętni. Ojciec, który lata temu dla kobiety zrezygnował z życia duchownego, zajmował się kolekcjonowaniem antyków, a od syna wymagał obrania humanistycznego kierunku edukacji. Matka niewiele miała do powiedzenia, ale gdy już zabierała głos, to nalegała, by chłopak został wirtuozem gry na skrzypcach. Z dwojga złego opcja prezentowana przez ojca (włącznie z dziesięcioma językami do nauczenia) bardziej Adrianowi odpowiadała. Pasja do muzyki zaś przybliżyła go do Bernata Plensy, przyjaciela, który będzie trwał przy nim do końca życia. 

Adrian pisze o sobie w narracji pierwszoosobowej. Jednakże w narracji trzecioosobowej dopuszcza do swojej opowieści także postaci z przeszłości: nazistów, Żydów, lutników, mnichów i inkwizytorów. Historie te, porozrzucane od wieku XIV aż do XX, często związane są z antykwarycznymi przedmiotami, których pasję kolekcjonowana Ardévol odziedziczył po ojcu. 


Najważniejszym nabytkiem posiadanym przez bohatera są skrzypce wykonane w XVIIIw przez Lorenzo Storioniego. Pojawiają się w domu, gdy Adrian jest jeszcze chłopcem i od razu stają się najcenniejszym przedmiotem posiadanym przez rodzinę Ardévol. Instrument kunsztownie wykonany, o doskonale „dopieszczonym” kształcie posiada ciepłe, dojrzałe brzmienie, a wiek   działa tylko na jego korzyść. Z biegiem lat, Adrian odkrywa tajemnicę tych skrzypiec, z którymi łączy go niewyobrażalna emocjonalna więź.

Jednakże głównym tematem tej powieści jest zło. Adrian z upływem lat dowiaduje się, jak odległy od przyzwoitości był jego ojciec i jakim kosztem do domu trafiały kolejne antyczne nabytki. Ale nie tylko o zło indywidualne tutaj chodzi. Przenosząc się do XVw czytamy o inkwizycji, będącej przemocą w imię Boga, która miała na celu wyszukiwać, nawracać i karać heretyków za niewierność. Pięć wieków później skrajne zło doprowadza podczas II wojny światowej do okrutnej zbrodni przeciwko ludzkości w myśl nazistowskiej ideologii. Cabré podaje tu przykłady z obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, bestialstwo nazistów i zezwierzęcenie, które nie mieści się w głowie. Mimo że od tamtych wydarzeń minęły 72 lat, rany ciągle są świeże. Zło czai się obok nas i każdego dnia możemy stanąć z nim twarzą w twarz. Czy istnieje lekarstwo na nikczemność? Co mogłoby nim być? Piękno? Sztuka? Przyjaźń? Miłość?

Powieść słusznie porównywana jest do symfonii. Jednakże odnajduje swoje odbicie nie w symfonii klasycznej, uprawianej przez Haydna czy Mozarta, lecz w symfonii programowej Hectora Berlioza lub Gustava Mahlera. Posiada siedem części, a każda z nich nosi osobny tytuł w łacinie, który symbolicznie odnosi się do opisanej treści. Ponadto mamy tu motywy przewodnie: motyw zła, motyw skrzypiec, motyw miłości i motyw przyjaźni, co również charakteryzuje symfonię programową.

„Wyznaję” Jaume Cabré czytałam długo, bo ponad miesiąc. Warto było poświęcić tej książce aż tyle czasu. Jest to powieść bogata, wielowątkowa i bardzo wymagająca. Ambitna i bezkompromisowa. Dopiero co odłożyłam ją na półkę, a już wiem, że na pewno kiedyś do niej wrócę. 

17 lut 2017

Walentynkowy soundtrack: Dirty Dancing OST

Czas walentynkowy nie kojarzy mi się z książkami o miłości, lecz z filmem i muzyką. Rok temu opisywałam Wam ścieżkę dźwiękową z „Miasta aniołów”. W tym roku wybór padł na inny film, który mogę oglądać wielokrotnie – „Dirty Dancing”.

Nie ma chyba sensu opowiadania całej historii z filmu, gdyż jest ona powszechnie znana. Ogółem chodzi o to, że podczas wakacyjnego pobytu w ośrodku wypoczynkowym przeznaczenie łączy dziewczynę z dobrego domu - Baby (Jennifer Gray) z przystojnym tancerzem Johnnym Castle (Patrick Swayze). Tłem do ich miłosnej opowieści jest 20 znakomitych piosenek to potańczenia, do przytulania, a także tych ciut bardziej zmysłowych.

Kolejność piosenek nie jest niestety zgodna z tym, jak pojawiały się one w filmie (spory minus według mnie). I tak: krążek otwiera piosenka ze sceny finałowej filmu, będąca laureatem Oskara „(I’ve had) The Time of my Life” wykonywana przez Billa Medleya oraz Jennifer Warnes. Później już mamy totalny misz-masz rytmiczny i nastrojowy, który dopasuje się do słuchacza niezależnie od jego humoru. Najpiękniejszym utworem jest tu śpiewane przez Patricka Swayze „She’s like the Wind”. Cudowna ballada, której aktor dodaje jeszcze więcej ciepła swoim głosem. Z filmem kojarzy się również dialog pary kochanków zawarty w piosence „Love is strange” Mickeya i Sylvii. Ogromną popularnością pomimo upływających lat cieszy się również piosenka „Hungry eyes”.


Ale jest na tej płycie mnóstwo mniej znanych perełek, jak choćby nawet mój faworyt zmysłowości „Cry to me” Solomona Burke, rockowe „Overload” Zappacosty czy nieco infantylne „Will you still love me tomorrow?” The Shireless. 

Pomimo różnorodności gatunków, łatwo odnaleźć wspólny mianownik wszystkich piosenek. Jest nim taniec. Wiem, że teoretycznie do każdej muzyki można tańczyć, ale piosenki z filmu „Dirty Dancing” porywają w sposób szczególny. Mamy więc przed sobą 40 minut tupania, stukania i kręcenia biodrami. No to co? Tańczymy!😀

14 lut 2017

Walentynkowy Soundtrack cz.1

Mówiłam Wam, ze uwielbiam soundtracki? Nie? No to już wiecie.

Dziś mamy WALENTYNKI! Rok temu polecałam Wam do posłuchania ścieżkę dźwiękową z filmu „Miasto aniołów”. A i sam film jest wart obejrzenia. Teraz przyszedł czas na mój drugi ulubiony soundtrack: „Dirty Dancing”. Dziś wrzucam Wam tylko krótkie wideo z piosenką „She’s like the Wind” w wykonaniu Patricka Swayze, ale już w piątek spodziewajcie się dokładniejszej notki z recenzją. Rozpocznie się wtedy powalentynkowy weekend, a co może być piękniejszego od chwili spokoju, intymności i bliskości, uścisków i pocałunków, gdy w tle snuje się piękna muzyka?

Całuję Was w ten Walentynkowy Dzień i uciekam przygotować Ukochanemu jakąś pyszną niespodziankę :)
 

10 lut 2017

Odkrycia: Styczeń

Cześć!
 
Powracam z cyklem "Odkrycia", który rozpoczęłam w zeszłym roku i nie miałam niestety czasu by go kontynuować. Póki co, jestem lepiej zorganizowana czasowo, więc notki na blogu pojawiają się co prawda niezbyt często, ale za to regularnie (raz w tygodniu). 

Mamy pierwszą połowę lutego, więc najwyższy czas na moje Styczniowe Odkrycia – czyli co widziałam, słyszałam i gdzie byłam w styczniu. Zapraszam!

Miejsce
Końcówkę stycznia i początek lutego spędziłam w Bratysławie. To była moja pierwsza wizyta w stolicy Słowacji i bardzo mi się tam podobało. Mieszkałam w samym centrum, dlatego wiele czasu spędzałam spacerując po mniej lub bardziej znanych zakątkach tego miasta. Bratysława jest bardzo urokliwa, ale co urzekło mnie najbardziej? Mnogość wąskich uliczek, przepiękny rynek i coś, co uwielbiam – rzeźby! Było ich tam mnóstwo! Choć zima w pełni, Bratysława ogrzewała mnie swoją cudowną atmosferą i gorącą czekoladą w kameralnych kawiarenkach. Poniżej kilka zdjęć.


Rynek w Bratysławie
Cudna rzeźba, ukryta gdzieś w górnej części miasta
Pałac prezydencki




Muzyka
Podróżując miałam dużo czasu na słuchanie muzyki. I w styczniu moim sercem zawładnął Krzysztof Zalewski swoją płytą zatytułowaną „Złoto”. Na tym krążku słyszymy współczesnego, młodego faceta, śpiewającego o miłości. Ale Zalewski nie bawi się w pretensjonalność, czy niepotrzebny patos. Uczucia przedstawia w sposób prosty, jednak tak operuje słowem, że na długo pozostaje w pamięci. Muzycznie Zalewski pokazuje wiele barw swojego głosu, od ciepłej melodeklamacji, przez falset, aż po kontrolowany krzyk. Każda piosenka na tej płycie jest zupełnie inna, a jednak zachowana jest równość i jednorodność brzmienia, nie do pomylenia z nikim innym. Gorąco polecam, a poniżej moja ulubiona piosenka „Luka”. 

 

Film
Długo trzeba było namawiać mnie do obejrzenia tego filmu. „Interstellar” kojarzył mi się z nieżyciowym i mocno przesadzonym science-fiction. Ludzie wylatują w kosmos i co z tego? Jak mi teraz wstyd za takie myślenie! Film zrobił na mnie niesamowite wrażenie przede wszystkim głęboką warstwą psychologiczną, ale o tym napiszę osobny post już za niedługo. Teraz mogę Wam tylko gorąco polecić „Interstellar” na weekend. Warto!


2 lut 2017

"Nie czyń Bogu, co Tobie niemiłe", czyli moje spotkanie z "Ptakami ciernistych krzewów"

Tematyka „okołokościelna” nie jest mi obca. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mnie znają, a i Wy mogliście się o tym przekonać czytając moją ostatnią notkę o serialu „Młody papież” (link). Wiele też książek o miłości zakazanej przechodziło przez moje ręce, ale żadna jeszcze tak mocno mnie nie poruszyła, jak „Ptaki ciernistych krzewów”. Mówienie, że jest to „książka o miłości księdza i dziewczyny” zbytnio upraszcza jak dla mnie przesłanie jej treści. Poniżej podzielę się z Wami moimi przemyśleniami.

Krótko o treści: Akcja rozgrywa się głównie w Australii (choć czasem na chwilę zostajemy przeniesieni do Rzymu czy Londynu). Maggie jest jedyną dziewczyną pośród dziewiątki dzieci państwa Clearych. Poznajemy ją, gdy ma zaledwie kilka lat, wraz z nią dorastamy do trudnych wyborów i na starość zbieramy żniwo podjętych decyzji. Już jako bardzo młoda dziewczyna znajduje powiernika w osobie przystojnego księdza Ralpha de Bricassart. Z czasem jednak zwykła sympatia połączona z zaufaniem przemienia się w miłość. I to miłość obustronną. 

Jak musi się uczuć dziewczyna zakochana w księdzu? Wszystko to mamy opisane w książce. Pełna wątpliwości, smutku, poczucia niesprawiedliwości, nienawidząca Boga... Rozgoryczona, w swoim żalu cała zamienia się w jedną wielką tęsknotę. W głębi duszy pragnie, by Ralph oddał jej swą duszę i tak trudno jej zrozumieć, że on już dawno temu podjął decyzję – wtedy, gdy po raz pierwszy przywdział sutannę – i że jest to decyzja nieodwracalna. Rozsądek każe jej wyjść za mąż za kogoś „osiągalnego”, lecz uczucia nadal jęczą z rozpaczy za miłością, która nie może się spełnić.

„O dobry Boże, dobry Boże! Nie, niedobry! Co Bóg dla mnie uczynił prócz tego, że zabrał mi Ralpha? Nie jesteśmy z sobą w przyjaźni, Bóg i ja. Coś ci powiem, Boże. Już mnie nie przerażasz, tak jak kiedyś. Jakże się bałam Ciebie i Twojej kary! Lękając się Ciebie, kroczyłam ścieżką cnoty. I dokąd mnie ona zawiodła? Jesteś oszustem, Boże, demonem strachu. Traktujesz nas jak dzieci, którym grozisz karą. Ale mnie już nie przerażasz. To nie Ralpha powinnam nienawidzić, tylko Ciebie. To Twoja wina, nie jego. On żyje w lęku przed Tobą, tak jak ja żyłam do tej pory. Nie mogę pojąć, jak on może Ciebie kochać. Nie rozumiem, co w Tobie jest do kochania.”
Ralph zaś staje na rozdrożu. Z jednej strony widzi cierpienie ukochanej Maggie, najchętniej wziąłby ją w ramiona i obsypał pięknymi słowami o miłości. Serce mu krwawi, że nie może dać jej tego, czego tak bardzo pragnie. Z drugiej strony zaś otwierają się przed nim drzwi awansu w hierarchii kościelnej – młody i ambitny ma szansę zostać biskupem, a potem może nawet kardynałem. Kogo słuchać? Serca, czy rozumu?

„Jestem łgarzem i oszustem. Ani księdzem, ani mężczyzną. Jedynie kimś, kto pragnąłby wiedzieć, jak być jednym i drugim. Nie! Nie jednym i drugim! Ksiądz i mężczyzna nie mogą współistnieć – być mężczyzną znaczy nie być księdzem.”

Gdyby tak można było połączyć oba światy: kochać Maggie i jednocześnie być dobrym kapłanem! I jakże cudownie byłoby prowadzić dwa równoległe życia: dobrej żony oraz kochanki księdza. Dawać siebie trochę tu i trochę tam. 

Jednak czy można podzielić duszę na pół?
I czy można bezkarnie okradać Boga? 

Maggie i Ralph wystawili na próbę boską cierpliwość. Czy warto było?

Szóste i Siódme przykazanie – tak blisko siebie, a tej powieści nawet niemożliwe do rozdzielenia. Bo gdzie leży granica pomiędzy cudzołóstwem a kradzieżą w przypadku miłości zakazanej? Bóg nie lubi być zdradzany, ani okradany. Bo kto lubi? W końcu my, ludzie, zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. 

Szkoda mi Maggie i Ralpha, a ich wzruszająca historia jeszcze przez długi czas odbijać się będzie echem w mojej głowie. 

„Każde z nas ma coś takiego w sobie, czemu nie możemy się oprzeć, nawet jeśli wyje z bólu i pragnie śmierci. (...) Jak ta stara celtycka legenda o ptaku z cierniem w piersi, wyśpiewującym z siebie duszę, by umrzeć, ponieważ coś go do tego pcha i zmusza. Możemy zdawać sobie sprawę, że czynimy źle, ale ta wiedza w niczym nie zmienia naszego postępowania. Każde z nas ma swoją własną pieśń i jest przekonane, że wspanialszej nie znał świat. Rozumiesz? Sami stwarzamy własne ciernie, nigdy ani przez chwilę nie zastanawiając się nad kosztami. Pozostaje nam cierpienie i wmawianie sobie, że warto było.”

26 sty 2017

"Młody papież"

Wiele można było przeczytać ostatnio w prokatolickich mediach o nowym, „kontrowersyjnym”, „obrazoburczym” i  „pełnym pornografii” serialu „Młody Papież” produkcji HBO.  W ten sposób reklamowany (ups!) przyciągnął przed ekrany ogromne rzesze widzów. I bardzo słusznie! Bo jest to serial naprawdę wart zobaczenia.

Kardynał Lenny Belardo staje się pierwszym amerykańskim papieżem w historii Kościoła. Czy kolegium kardynalskie oszalało, żeby wybierać tak młodego człowieka na głowę Kościoła? Dlaczego postawili właśnie na niego? I jaką strategię wobec swoich wiernych obierze nowy papież, Pius XIII? 

Gdy zobaczyłam, że w rolę papieża wciela się Jude Law (co by nie było, aktor niesamowicie przystojny), bałam się że tuż obok niego wdzięczyć się będzie wianuszek pięknych kobiet, z których uroku jego postać chętnie będzie korzystać. Początek serialu dodatkowo wzmógł moje obawy. Przedstawia bowiem sen papieża o orędziu do wiernych, którego treścią jest pochwała przyjemności – również cielesnej – oraz chęć zalegalizowania aborcji, in vitro i eutanazji. Dość nietypowe zachowanie, jak na głowę Kościoła, co?


Pius XIII nie jest ideałem. Jest przede wszystkim człowiekiem, pełnym konfliktów wewnętrznych, słabości i wątpliwości. Kardynałowie szepczą między sobą, że papież przeżywa kryzys wiary – on sam nie wie, czy wierzy. Pali papierosy, nosi okulary przeciwsłoneczne w połączeniu z papieską tiarą, bywa próżny i nadużywa władzy, namawiając watykańskiego spowiednika do złamania obowiązującej go tajemnicy i wyjawienia mu, czym grzeszą kardynałowie. Mimo to jednak w rozmowach z ludźmi mu bliskimi, papież przedstawia swoje głębokie i prawdziwie mądre przemyślenia dotyczące wiary, kościoła oraz relacji międzyludzkich. Słowa, których można słuchać bez końca.

Odwieczny konflikt sacrum i profanum okraszony jest tutaj dość specyficznym poczuciem humoru, które potrzebuje czasu na „dotarcie się” z widzem w miarę coraz głębszego poznawania bohaterów. Nie sposób nie wspomnieć również o świetnie dobranej (choć pewnie dla wielu również kontrowersyjnej) warstwie muzycznej. Nieraz szokującej, bo zrywającej z atmosferą świętości. Wszystko to jednak otoczone jest niewątpliwym artyzmem obrazów oraz słów, które do nas docierają.


Obsada serialu została dobrana bardzo trafnie. Nie przedłużając już mojego wpisu powiem tylko o trójce głównych postaci. Jak już napisałam wcześniej, rolę papieża Piusa XIII gra Jude Law i robi to w sposób niesamowity! Jest to aktor, który z kamienną twarzą potrafi przerazić widza, po to, by zaraz doprowadzić go do śmiechu. Towarzyszy mu Diane Keaton, grająca siostrę Mary – zakonnicę, opiekunkę Lenny’ego Belardo z lat dziecięcych. Obok nich na ekranie pojawia się Silvio Orlando, wcielający się w rolę kardynała Voeillo, bliskiego współpracownika papieża i oddanego fana futbolu (jak na Italiano Vero przystało). Każda z tych postaci jest bardzo dobrze dopracowana psychologicznie oraz przekonująco zagrana.

Czas zmierzać do końca. Ta notka i tak jest o wiele dłuższa, niż się spodziewałam. Podsumowując nie będę się bawić w odpowiedzi na głupie pytania typu „dobry, czy zły?”, „święty, czy grzesznik?”, bo nic tu nie jest czarno-białe. Oglądając „Młodego papieża” otwórzmy głowę – oddzielmy się od polityki i oceny kościelnej. Jest to serial o ludziach i dla ludzi. Bo każdy z nas ma w sobie coś z nieba i coś z piekła. Nieważne, czy jest aktorem, bankowcem, piekarzem, kierowcą autobusu, zakonnikiem, czy papieżem.

10/10
 

18 sty 2017

"Miałem zamiar zmienić koszulkę, ale zmieniłem zamiar", czyli Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka

Dziś 18. stycznia. - 135. rocznica urodzin Alana Aleksandra Milne, czyli Międzynarodowy Dzień Kubusia Puchatka. 

Któż z nas nie zna tego uroczego misia i jego ferajny! Ale książka A.A.Milne, to nie tylko opowieść o niedźwiadku, który ze smakiem zajadał „małe co nieco”. To także wykładnia wiedzy o miłości, przyjaźni i oddaniu.

Przypomnijmy sobie zatem, co bohaterowie „Kubusia Puchatka” mają nam do powiedzenia na temat uczuć.


– O, Królik jest mądry – powiedział Puchatek w zamyśleniu.
– Tak – przyznał Prosiaczek – Królik jest mądry.
– I ma Rozum – rzekł Puchatek.
– Tak – zgodził się Prosiaczek – Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
– I myślę – ciągnął Puchatek – że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.


Przyjacielu, jeśli będzie ci dane żyć sto lat, to ja chciałbym żyć sto lat minus jeden dzień, abym nie musiał żyć ani jednego dnia bez ciebie.


– Kubusiu, jak się pisze MIŁOŚĆ?
– Prosiaczku, MIŁOŚĆ się nie pisze, MIŁOŚĆ się czuje.

Miłość to czasem kilka kroków w tył, aby uszczęśliwić osobę, którą kochasz.


Czasami lubisz kogoś zbyt mocno. I to się nazywa miłość.


Wydaje mi się, że śnimy, dlatego nigdy nie będziemy od siebie oddaleni. Przecież w snach możemy być ze sobą cały czas.


– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.


Jeśli spadniesz na kogoś, nie wystarczy powiedzieć, że nie chciałeś. W końcu ten ktoś też wcale nie chciał, żebyś na niego spadał.


Kiedy zawołasz do króliczej norki: Hej, jest tam kto?, a głos z wnętrza odpowie: Nie!, to znaczy chyba, że nie jesteś mile widziany.

– Jaki dziś dzień? – zapytał Puchatek.
– Dziś – odpowiedział Prosiaczek.
Na to Puchatek:
– To mój ulubiony dzień.