Podsumowanie czytelniczego półrocza i szydełkowe zakładki

lipca 03, 2020

Podsumowanie czytelniczego półrocza i szydełkowe zakładki


Pół roku za nami, czas więc na małe podsumowanie 😊

Moim celem na 2020 rok nie jest przeczytanie rekordowej liczby książek, lecz nauka szydełkowania. I to właśnie zajmuje mi najwięcej czasu, ale książki i blog nadal są ze mną nierozerwalnie złączone 😊 

Od stycznia do czerwca przeczytałam 15 książek. Nie jest to jakoś super dużo, ale dla mnie wystarczająco, żeby czuć przyjemność z lektury, a nie zmęczenie. Już w zeszłym roku szłam na rekord i wiem, jak taka gonitwa na mnie działa. W tym roku stawiam na slow reading. 

Lista przeczytanych książek: 

(wraz z oceną i linkami do opinii)
 
3. Anja Rubik "#sexedpl" (4/5)
 

Ebook vs. Papier


10:5

Ze względu na koronawirusa przeniosłam się do Legimi, dzięki czemu przeczytałam dwa razy więcej ebooków, niż książek papierowych. Tak coś czułam, że będzie dysproporcja, ale nie sądziłam, że aż taka. Jestem w szoku🙂 

Ilość stron


W tym półroczu przeczytałam 5 331 stron, czyli około 444 na miesiąc. 
444 strony to taka jedna dobrych rozmiarów książka. Nie jest źle.

Najlepsza i najgorsza


Totalny zachwyt przeżyłam czytając "Wielką samotność", "Drogę" i "Jestem legendą". Męczyłam się natomiast z "Do światła" i "Angielskim pacjentem". Wyżej podlinkowane są moje opinie, kto chętny, klika🙂 

Czytam Postapo z Unserious.pl


W tym półroczu, jak nigdy wcześniej, mam na liście sporo literatury postapokaliptycznej. Związane jest to z udziałem w Wyzwaniu "Czytam Postapo z Unserious.pl". Wiąże się ono dla mnie z opuszczeniem strefy komfortu i zapoznaniem się z czymś zupełnie nowym. Póki co, wrażenia mam (prawie) same pozytywne.

W ramach wyzwania przeczytałam następujące książki:

Gdzie jest zombie? → Max Brooks "World war Z"

W Metrze fajnie jest → Andriej Diakow "Do światła"

Eko-apokalipsa → Cormac McCarthy "Droga"

Za górami, za lasami... → Marcin Strzyżewski "Transmisja"

Gdzie by to... → Walter Tevis "Przedrzeźniacz"z"

Wybiorę sobie koniec świata → Richard Matheson "Jestem legendą"

Jeśli jesteście zainteresowani Wyzwaniem, klikajcie w banner poniżej.



Ok, to by było na tyle. Uważam, że to półrocze wypadło całkiem nieźle biorąc pod uwagę moje nowe i czasochłonne hobby, jakim jest szydełkowanie. Pochwalę się Wam kilkoma zakładkami, które własnoręcznie wykonałam🙂 Jeśli komuś się spodobają, będzie mi bardzo miło. Ostatnio robiłam rozdanie zakładek na Instagramie. Mam też zamiar zrobić na Twitterze, ale nie wiem jeszcze kiedy.  

Jeśli chcesz taką zakładkę dla siebie, napisz mi wiadomość prywatną🙂


W poniedziałek mam zamiar przespacerować się po blogosferze. Zobaczę, co tam u Was słychać🙂

Pozdrawiam Was ciepło! Pa!

Cormac McCarthy "Droga"

czerwca 23, 2020

Cormac McCarthy "Droga"


Dziś Dzień Ojca. Z tej okazji chciałabym Wam przedstawić powieść, która w piękny sposób mówi o miłości ojcowskiej w czasach postapokaliptycznych. Tym samym jest to moja ostatnia książka z Wyzwania „Czytam postapo z Unserious.pl” w tym półroczu. Przed Wami „Droga” Cormaca McCarthy’ego. 

Życie na Ziemi padło ofiarą straszliwego kataklizmu. Nie ma zwierząt, ludzi też próżno szukać. I nawet nie warto tego robić, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się na kanibali. Jest cicho. Nie słychać śpiewu ptaków, ani śmiechu dzieci. Dookoła jedynie szarość i pustka. W tym wyjałowionym krajobrazie wyróżnia się jedynie ojciec i syn, którzy udali się w podróż w stronę wybrzeża. Nie jest to bezpieczna podróż. Nie wiadomo też czy w ogóle ma sens. A mimo to idą, prosto przed siebie, z wiarą, że gdzieś istnieje szczęśliwsze miejsce. 

Powstały ogromne ilości książek opiewające miłość matczyną. Miłość najwspanialszą i najczystszą. Ojcowie zazwyczaj są przedstawiani jako ta strona, która nie ma kochać, lecz wymagać. A przecież miłość ojcowska niczym nie ustępuje matczynej. Ojcowie skłonni są do wielkich poświęceń dla dobra dzieci. Potrafią kochać pięknie i całym sercem. I taki właśnie przykład wspaniałej ojcowskiej miłości przedstawiony jest w „Drodze”. Dla dobra dziecka, ojciec dba o bezpieczeństwo i ma „oczy dookoła głowy”, żeby chłopiec czuł się spokojnie i pewnie. Tata zdobywa pożywienie, często z biorąc na swoje barki ryzyko ogromnego niebezpieczeństwa. Cierpliwie odpowiada na pytania synka, tak potrzebne w zrozumieniu świata i w przygotowaniu chłopca do samodzielności. Ich relacja jest naznaczona cierpieniem związanym z odejściem żony/matki, ale mimo to bohaterowie potrafią cieszyć się swoim towarzystwem, a więź, która ich łączy z dnia na dzień wydaje się być coraz głębsza. 

„Droga” McCarthy’ego to książka o tym, jak mógłby wyglądać świat opustoszały i niemal całkowicie pozbawiony człowieka. Dla mnie jednak jest to powieść, która już zawsze kojarzyć mi się będzie ze wspaniałym obrazem ojcowskiej miłości. Gorąco wszystkim polecam tę książkę, zwłaszcza biorąc pod uwagę dzisiejsze święto.
Jak już wspomniałam we wstępie, „Drogę” przeczytałam w ramach Wyzwania „Czytam postapo z Unserious.pl”. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Wyzwaniu, kliknijcie w banner poniżej. A jeśli ciekawią Was inne książki przeczytane przeze mnie w tym Wyzwaniu, klikajcie tutaj.



Marcin Strzyżewski "Transmisja"

czerwca 18, 2020

Marcin Strzyżewski "Transmisja"

Dziś napiszę Wam kilka słów o interesującej powieści, która kryje się w chyba najgorszej okładce, jaką w życiu widziałam. Przed Wami „Transmisja” Marcina Strzyżewskiego.

Wysoko rozwinięte Stany Zjednoczone stają się ofiarą ostrzału atomowego, co przemienia je w obszar dziki i bezwzględny. Kilkadziesiąt lat po zagładzie, dziennikarz Timur Denikin zostaje wysłany do dawnego USA, aby nakręcić reportaż pokazujący mieszkańcom Europy i Azji, jak wygląda obecne życie w Strefie Zakazanej.

Cywilizacja próbuje wstać z kolan. Ludzie od zera uczą się tworzyć broń. Całe dnie mijają im na pracy. I mimo że Timur podróżując od miasta do miasta obserwuje różnorodność „grup etnicznych”, to obowiązek pracy jest dla tamtejszej ludności najistotniejszym wspólnym mianownikiem. Każde ręce przydają się do pomocy, ale też nie należy ufać byle komu. Nigdy nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Dla ludności przymierającej głodem kanibalizm nie jest niczym bulwersującym. W braku laku i człowiek dobry, byle siła do roboty była. Lenistwo bywa bezwzględnie karane, dlatego raczej nie napotka się nikogo, kto wylegiwałby się uradowany promieniami słońca. Słońce jest bogiem i każdy człowiek, na którego patrzy zobowiązany jest do ciężkiej pracy. W nocy dopiero można odpocząć. Wtedy gdy ów boskie oko śpi. Timur będąc w Strefie Zakazanej odkrywa nie tylko życie próbujące się odbudować, dociera również do faktów niewygodnych dla władz Europy i Azji. Jaką prawdę o katastrofie atomowej skrywają władze tych kontynentów? Odsyłam do lektury.

„Transmisja” bardzo mnie wciągnęła. Z ciekawością odkrywałam życie ocalałe na terenie dawnego USA. Uważnie szłam też po śladach prowadzących mnie do pewnej intrygi politycznej sprzed lat. Zachęcam Was do przeczytania tej książki, jeżeli lubicie tematy postapo. I nie zrażajcie się okładką :) w środku naprawdę jest kawał dobrej powieści.
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Czytam postapo z Unserious.pl”. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o wyzwaniu klikajcie w banner poniżej.



A jeśli interesują Was inne książki przeczytane przeze mnie w ramach Wyzwania, klikajcie tutaj.

Richard Matheson "Jestem Legendą"

czerwca 10, 2020

Richard Matheson "Jestem Legendą"


Kolejny klasyk, tym razem w temacie wampirzego postapo, czyli „Jestem Legendą” Richarda Mathesona. Książka powstała w latach pięćdziesiątych XXw. i opisuje wydarzenia, które dzieją się na przestrzeni lat 1976-1979. Co by nie było, na tamte czasy traktowała o przyszłości. I to przerażającej przyszłości.

Wybucha epidemia, która przemienia ludzi w wampiry. Jedynym ocalałym w Nowym Jorku (a może i nawet na świecie) jest Robert Neville. Wirus zabrał mu rodzinę i przyjaciół, a co noc pod jego domem zbierają się żarłoczne i mięsożerne stwory, mające niewiele wspólnego z ludźmi, którymi niegdyś byli. Jak na naukowca przystało, Robert próbuje dowiedzieć się jakie jest pochodzenie wirusa, jak można uleczyć świeżo zarażonych (w razie gdyby spotkał kogoś w początkującym stadium choroby), a także jak ostatecznie unicestwić te wampiry, które wydają się nieśmiertelne. 

Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Wraz z Robertem zgłębiałam tajniki wampirzego wirusa, przeżywałam wydarzenia, które działy się po drodze, a także frustrowałam gdy nadzieje okazywały się płonne. Czasami emocje sięgały zenitu tak, że sama chciałam rzucać szklankami (jak to często czynił Robert), a raz nawet wymsknęło mi się pewne bardzo brzydkie słowo😊Oznacza to, że Autor umiejętnie bawi się uczuciami czytelnika. A ja to bardzo lubię.

Podsumowując  –  „Jestem legendą” to pozycja obowiązkowa dla fanów horroru i wampirów. To klasyk powieści grozy. Nie ma tu co prawda średniowiecznych zamków i potworów czających się za rogiem, ale historia i tak robi wrażenie. Matheson manipuluje czytelnikiem, wzbudza nadzieję, po to, żeby zaraz mocnym cięciem jej pozbawić. Lubię, gdy Autor wodzi mnie za nos. Otwierając książkę chcę zapomnieć o prawdziwym świecie i w pełni wsiąknąć w historię, którą czytam. Tutaj to się udało, więc z przyjemnością daję 5 na 5 gwiazdek.
„Jestem Legendą” przeczytałam w ramach wyzwania „Czytam Postapo z Unserious.pl” - podkategoria "Wybiorę sobie koniec świata". Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, klikajcie w poniższy obrazek.


Gaston Leroux "Upiór Opery"

czerwca 03, 2020

Gaston Leroux "Upiór Opery"


W maju w ramach Buddy Read czytałam „Upiora Opery”. Jest to książka zaliczana do kanonu klasyki. Powieść, która stała się bazą dla wielu filmów. Legenda, na podstawie której powstał bardzo znany musical z muzyką Andrew Lloyda Webbera. Historia, która mogła zdarzyć się naprawdę.

„Upiór opery” to powieść gotycka Gastona Leroux, publikowana w latach 1909-1910 w dzienniku „La Gaulois”. Opowiada o psychopatycznej miłości zamieszkującego podziemia paryskiej opery zamaskowanego Upiora o imieniu Erik do młodej śpiewaczki, Christine. 

Kim jest Upiór? To zdeformowany fizycznie i zdemoralizowany człowiek, pragnący miłości. Obiektem jego uczuć staje się Christine. Udziela jej lekcji śpiewu, a ona nazywa go Aniołem Muzyki. W podziemiach opery Erik oddaje się komponowaniu swojego dzieła pt. „Don Juan Tryumfujący” oraz budowie komnaty tortur dla tego, kto postanowi odebrać mu ukochaną śpiewaczkę. Jest chorobliwie zdeterminowany, by ją zdobyć, a każdy kto stanie na drodze do jego szczęścia, z góry skazuje się na śmierć. Wydaje się więc, że jego konkurent o serce Christine, młody wicehrabia Raoul de Chagny, ma wszelkie prawo by obawiać się o swoje życie. Tym bardziej, że dziewczyna właśnie jego obdarza najgorętszym uczuciem, co tylko wzmaga furię Upiora. 

Wspomniałam o Raoulu i chciałabym mu poświęcić parę osobnych zdań. Jest to facet, którym nigdy w życiu bym się nie zainteresowała. Infantylny, obrażalski, chimeryczny… W jednym momencie w akcie zazdrości wyzywa Christinę od ladacznic, a chwilkę później wielkimi słowami wyznaje jej miłość! Co to ma znaczyć?! Tym niemniej, gdybym miała tak marny wybór jak Christine (i musiała koniecznie kogoś wybrać), pewnie postawiłabym na tego wicehrabiego… wydawałby mi się to trochę bezpieczniejszą opcją, niż chory psychicznie Erik. Z Raoulem jeszcze w miarę można by było się „dotrzeć”, z Erikiem to niemożliwe. 

Mam twardy orzech do zgryzienia w temacie języka, jakim został napisany „Upiór Opery”. Musiałabym zajrzeć do francuskiego oryginału i sprawdzić, czy tam też występują tak pompatyczne sformułowania jak w wersji polskiej. Czasem mi one pasowały, a czasem drażniły. Być może jest tak, jak mówi moja kumpela, że skoro akcja „Upiora…” osadzona jest w świecie operowym, to i język stał się operowy. Wiemy przecież, że opera od zawsze szerokim gestem stoi. To by trochę usprawiedliwiało pompatyczność niektórych rozmów. 

 „Upiór opery” posiada wszelkie cechy powieści gotyckiej. Jest mroczna atmosfera, jest nawiedzony budynek, jest szaleństwo, jest też para głównych bohaterów z totalnie różnych światów. Erik – ucieleśnienie zła, Christine – piękno w najczystszej postaci. A jednak zabrakło mi tego niepokoju w sercu, który czuję zazwyczaj obcując z powieściami grozy. Z czasem „Upiór…” zaczął mi trącić obyczajówką, a końcówka już totalnie zawiodła moje oczekiwania. Okazuje się, że Erik wcale nie jest taki do szpiku zły, Raoul jak był beznadziejny na początku, tak jest beznadziejny pod koniec… Jedynie Christine ratuje tę książkę. To jest super dziewczyna! Taka „z jajami”! Nie zgadzam się z tymi, którzy zarzucają jej bycie nijaką. To, że jest z natury dobra i czysta, nie oznacza, że nie ma pazura (odsyłam do sceny, w której Christine z premedytacją zdejmuje Erikowi maskę). Wydaje mi się, że to najmocniejsza postać tej powieści.

Mimo tego mojego powyższego psioczenia, że mało strasznie, że Raoul głupi itd., oceniam „Upiora Opery” wysoko. Co prawda groza ze strony na stronę zamiast zwiększać się, malała, ale i tak Leroux wciągnął mnie w swoją powieść, a wydarzeniami z życia bohaterów ekscytuję się nawet teraz, dobre dwa tygodnie od zakończenia książki. 
PS. „Upiora opery” czytałam w ebooku dostępnym na Legimi od Wydawnictwa Ktoczyta.pl i nie do końca podobał m się ten przekład na język polski… Jakoś tak jestem już przyzwyczajona do Christine, że KRYSTYNA po prostu mnie drażniła, mimo że to imię w normalnych warunkach bardzo mi się podoba.
Michael Ondaatje "Angielski Pacjent"

maja 19, 2020

Michael Ondaatje "Angielski Pacjent"


Pewnego dnia dostałam wiadomość od kumpeli: „Hej. Zróbmy sobie buddy read”. Akcja polega na tym, że wybieramy sobie wspólnie jedną książkę i uwzględniamy ją w planach czytelniczych na najbliższy miesiąc. Po przeczytaniu danej książki zdzwaniamy się i opowiadamy sobie wrażenia. Lubię rozmawiać o książkach. Uważam, że takie wymienianie się spostrzeżeniami ubogaca nas jako czytelników i pomaga zwrócić uwagę na rzeczy, które mogliśmy podczas lektury przeoczyć. 

Pierwszy wybór padł na „Angielskiego Pacjenta”. Jest to powieść mało znana w Polsce. Film – tak, ale książka? 

Krótko o historii

Znajdujemy się we Włoszech pod koniec II Wojny Światowej. Willa San Girolamo jest przerobionym na szpital starym klasztorem. Trafia tutaj ciężko ranny pilot, a pieczę nad nim sprawuje pielęgniarka Hana. Oprócz nich na miejscu znajdują się jeszcze Caravaggio (brytyjski szpieg) oraz Kirpal Singh (hinduski saper). Poznajemy historię oraz tajemnicę każdej z postaci. Najbardziej zagadkowy jest jednak tytułowy Angielski Pacjent. 

Moja opinia

Dawno nie czytałam tak wielu słów o niczym. Okropnie się wynudziłam podczas lektury. Początkowo czytało mi się w miarę dobrze. Czułam się, jakbym układała puzzle, bo każde wydarzenie przedstawione w powieści dokładało swoją cegiełkę do całości. Nie jestem jednak zadowolona z obrazu, który powstał z poukładanych puzzli. Obraz ten jest nieciekawy, szary i mdły. 

Ze świecą szukać akcji w tej książce. Liczyłam na to, że wydarzenia wojenne porwą moją wyobraźnię na barykady, niestety przeliczyłam się. Dłużyzny w opisach spowodowały, że zamiast wsiąknąć w tę powieść, czytałam ją obojętnie. Zero emocji. 

Na plus jednak zasługuje piękny język, jakim posługuje się autor. W tym braku akcji warto chociaż z tego czerpać przyjemność. Niektóre ze zdań są w mojej opinii małymi dziełami sztuki. Podam tutaj kilka przykładów.

Jeśli przejmiesz się czyjąś rozpaczą - myśląc, że kogoś od niej uwolnisz, jak będziesz ją z nim dzieliła - wypełnisz się nią sama.
Namiętny poemat jest substytutem kobiety, którą kochasz lub powinieneś kochać, czyjaś namiętna rapsodia komuś innemu zabrzmi fałszywie.
Umieramy wypełnieni bogactwem kochanków i plemion, smakami, których zakosztowaliśmy, ciałami, w któreśmy się worywali i z których wypływaliśmy jak rzeki mądrości, istotami, pomiędzy które wkraczaliśmy jak między drzewa, lękami, które skrywaliśmy w sobie jak w jaskini.
Albowiem echo jest jak dusza głosu, co się rozbudza w miejscach opustoszałych.
Słowa wzniecają emocje, tak jak patyk mąci wodę. 

Podsumowanie

Może moje nastawienie było złe? A może to w ogóle nie książka dla mnie? Nie wiem. Wiem tylko, że „Angielskiego Pacjenta” męczyłam nad wyraz długo i tęsknota do jakiejkolwiek namiastki akcji nie dawała mi spokoju. Żeby była jasność: cenię „powolne” książki. Rok temu zachwyciłam się „Uchem igielnym” Myśliwskiego (klik! dla chętnych), ale „Angielski Pacjent” po prostu mi nie podszedł. Warto jednak zwrócić uwagę na wyrafinowane słownictwo i jedynie to cieszyło mnie jako czytelnika.
PS. W maju bohaterem „buddy read” będzie „Upiór Opery”. Mam nadzieję, że okaże się on szczęśliwszym wyborem 😊 Czy ktoś z Was ma również w planach tę książkę w najbliższym czasie?
Kristin Hannah "Wielka samotność"

maja 08, 2020

Kristin Hannah "Wielka samotność"


Mam ostatnio „szczęście” do czytania o rodzinach dysfunkcyjnych. Motyw ten delikatnie pojawił się w „Kasztanowym ludziku” i znacznie mocniej w „Żywicy”. Dziś kolejna powieść z wątkiem patologicznym, czyli o „Wielkiej samotności” słów kilka.

Kristin Hannah zachwyciła mnie swoim piórem w „Słowiku”. Po tej książce długo nie mogłam się otrząsnąć i do dziś nie napisałam o niej ani słowa na blogu. Ciągle nie czuję się gotowa. Ale nadejdzie ten czas. Wracając do meritum… wiem, że Kristin Hannah, to autorka, która nie zawodzi. A „Wielka samotność” tylko potwierdziła tę tezę.

Krótko o historii

Leni ma 13 lat. Wchodzi w okres dojrzewania, będący najtrudniejszym momentem w życiu każdego człowieka. Jej ojciec, Ernt, wraca do domu z wojny w Wietnamie. Wojny, która zmieniła go o 180 stopni. Z ciepłego i serdecznego człowieka stał się nerwowy i bezwzględny. Swoje frustracje wyładowuje na żonie – bije ją i męczy psychicznie. Cora jednak z oddaniem i cierpliwością czeka na cud. Liczy na to, że Ernt na powrót stanie się tym wspaniałym mężczyzną, którego niegdyś pokochała. Jej nadzieję podsyca dodatkowo najnowszy pomysł męża – przeprowadzka na Alaskę. Czy zmiana otoczenia wyjdzie rodzinie na dobre? Czy długie alaskańskie noce przysłużą się nastrojom Ernta? Czy kiedykolwiek będzie lepiej?

Moja opinia

Nie jest łatwo czytać o przemocy. Targały mną skrajne emocje. Miałam ciarki, gdy tylko Ernt zbliżał się do domu. Zastanawiałam się w jakim będzie nastroju: czy znów ze wściekłością rzuci się na Corę, czy cały w skowronkach wpadnie na kolejny idiotyczny pomysł, który uszczęśliwi tylko jego – i to na chwilę. Jedno i drugie fatalne. 

Nie byłam w stanie zrozumieć tego oddania, jakim darzyła go Cora. Można wspierać męża i darzyć go zaufaniem – nawet jest to wskazane. Ale nie kosztem własnej skóry! (i to dosłownie w tym przypadku) A na to wszystko patrzyła dojrzewająca Leni. Dziewczyna, która dopiero kształtowała się do roli kobiety. W tym wieku chcąc nie chcąc chłoniemy pewne sposoby zachowań, a naszym wzorem są kobiety nam najbliższe. Leni jednak, pomimo młodego wieku (i wielu durnych wyskoków, przez które rwałam włosy z głowy!) niejednokrotnie wykazała się dużą świadomością. Nieraz nawet wydawała się dojrzalsza od własnej matki. 

Z przyjemniejszych aspektów lektury na szczególną uwagę zasługuje piękny język, a także cudowne alaskańskie pejzaże, które namalowała nam słowem Kristin Hannah. Zrobiła to tak przekonująco, że aż nabrałam ochoty na podróż na Alaskę, żeby choć przez chwilę poczuć na własnej skórze ten surowy, lecz piękny klimat.

Podsumowanie

„Wielka samotność” to dla mnie powieść o przemocy w rodzinie, chorej relacji między ofiarą a oprawcą, lecz także o potędze matczynej miłości i wspaniałym porozumieniu kobiet w walce ze złem. A to wszystko na tle wspaniałych alaskańskich krajobrazów. Gorąco polecam Wam tę książkę.
PS. Interesowałam się kiedyś psychologią, a moją uwagę przykuł temat syndromu sztokholmskiego. Myślę, że w „Wielkiej samotności” mamy dobry przykład tego typu mechanizmu między Corą a Erntem.
Copyright © Sonia Czyta , Blogger