1 lut 2018

Jarosław Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu" (cykl)

Cała seria w drugim (ładniejszym) wydaniu prezentowała się na półce mojego narzeczonego już od paru lat. Teraz, gdy nasze półki już stanowią jedność, postanowiłam wziąć się za "Pana Lodowego Ogrodu", o którym słyszałam bardzo dużo pochlebnych opinii. Lubię fantasy, poza tym cykl wpisywał się idealnie w moje wyzwanie "Czytam Polskie Serie".  

Wiedziałam, że "Pan Lodowego Ogrodu" to dobra literatura. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak dobra.

Głównym bohaterem cyklu jest Vuko Drakkainen, trochę Polak, trochę Chorwat, trochę Fin. Zostaje specjalnie wyszkolony i wysłany na planetę Midgaard z misją o charakterze naukowo-ratunkowym. Zadaniem Vuko jest zobaczyć, co stało się z badaczami, o których słuch zaginął i - jeśli nadal żyją - zabrać ich z powrotem na Ziemię. Midgaard jest planetą, którą zamieszkują antropoidalne istoty, niewiele różniące się od ludzi. Dlatego przed ekspedycją Vuko zostaje poddany szeregowi operacji mającymi na celu upodobnienie go do tamtejszej społeczności. Zostaje mu również wszczepiony Cyfral, będący czipem do supermocy takich jak rozumienie języka obcej planety, szczególnie wytężony słuch, czy niesamowity refleks. Na koniec zostaje mu zmienione imię, by brzmiało bardziej lokalnie. Dla mieszkańców Midgaardu Vuko Drakkainen będzie Ulfem Nitj'sefni

Już po wylądowaniu na obcej planecie Vuko zdaje sobie sprawę, że coś tu jest nie w porządku. Naukowców ani widu, ani słychu. Do tego jakiś taki dziwny nastrój niepokoju. Musiało się tu wydarzyć coś strasznego. Sprawy mocno się komplikują i Vuko żegna się z wizją szybkiego wykonania misji. 

Dla urozmaicenia Grzędowicz wprowadza drugiego bohatera. Terkej Tendżaruk inaczej Filar syn Oszczepnika jest Kirenenem, reprezentantem jednej z wielu nacji zamieszkujących Midgaard. Niestety rozdziały dotyczące Filara "tu i teraz" są o trochę mniej ciekawe, niż te opowiadające o Vuko. Jednak historia dzieciństwa Terkeja to prawdziwa perełka i czyta się ją z zapartym tchem. 

Midgaard jest bardzo dobrze zbudowanym światem. Ma swoją geografię, opisaną w bardzo szczegółowy sposób, języki, kulturę i obyczaje w zależności od różnych nacji, które poznajemy czytając cykl. Istnieje tam magia, ale nie jakaś absurdalna, czy błaha, ale o wiele głębsza. Są legendy, wierzenia i zabobony. Są złożone psychologicznie istoty, mające umysł oraz uczucia. Są zwierzęta nawet trochę podobne do ziemskich. Są lasy, góry, doliny, rzeki i morza (Ciekawostka! Przypomnijcie sobie "Ogród rozkoszy ziemskich" Hieronima Boscha). Wszystko opisane tak wiarygodnie, jakby istniało naprawdę. 

Ok, koniec z obiektywnym pisaniem. Teraz w grę wchodzą emocje. Tu będzie krótko i na temat.

Raz bywało lepiej, raz gorzej. Raz czytałam całą sobą, a czasami chciałam przelecieć kilka kartek, bo się nudziłam. Jednak cała ta autentyczność świata i bohaterów wciągnęła mnie w historię, którą chciałam poznać do końca. Przywiązałam się do postaci i zdarzyło się nawet, że kilka opisanych sytuacji mocno mnie zabolało. Próbowałam delektować się tą literaturą, nie chciałam za szybko kończyć. Cykl czytałam przez parę miesięcy. Były to dobre miesiące, spędzone w towarzystwie pełnokrwistych bohaterów. Dlatego gdy już przyszło mi się pożegnać z Midgaardem, czułam coś w rodzaju czytelniczego kaca. Nie mogłam dojść do siebie, nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, ani następnej książki do czytania. Tęskniłam i w kółko pochylałam się nad ostatnimi rozdziałami. Wracałam też do ulubionych fragmentów, takich jak koniec pierwszego tomu, czy opis dzieciństwa Filara. Musiało minąć kilka dni, zanim zaczęłam się rozglądać za inną książką. I taka rekomendacja, emocjonalna, wydaje mi się najodpowiedniejsza w przypadku cyklu "Pan Lodowego Ogrodu". 

Oceny poszczególnych tomów:
tom 1: 9/10
tom 2: 8/10
tom 3: 9/10
tom 4: 9/10
Średnia: 8,75

PS. Cykl stał się inspiracją do stworzenia gry planszowej "Pan Lodowego Ogrodu". Chyba zacznę się za nią rozglądać. Może ona ukoi moją rozpacz i wydłuży choć odrobinę czas mojego pobytu w tym niezwykłym universum. 

19 sty 2018

Tomasz Kowalski
"Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć"

Długo polowałam na tę książkę, aż wreszcie udało mi się pożyczyć ją od koleżanki. Na Waszych blogach czytałam tyle pozytywnych opinii, że nie odpuściłabym, nawet jeśli miałabym tej książki szukać do dziś. 

Rzecz dzieje się na cmentarzu położonym w Ponurej na południu Polski. Głównymi bohaterami są grabarze Tomasz, Rysiek i Młody, którzy w wolnym czasie rozprawiają na tematy mniej lub bardziej filozoficzne. Czasem do tych rozmów dołączają tacy znajomi, jak Madame Helikopter, Wampir Wincenty Murnałowski, czy pan Ćwięczek. Często pojawia się także Śmierć we własnej osobie. Tak, ta z kosą, taka prawdziwa. I wtedy właśnie robi się naprawdę ciekawie.

Tej książki nie da się czytać tak super na poważnie. Pełno w niej absurdów i zabawnych sytuacji. Śmierć okazuje się mieć dystans do siebie i poczucie humoru. Grabarze rozgrzani wysokoprocentowymi napojami nie użalają się na swój los i robotę, lecz opowiadają sobie takie historie, przy których i czytelnik do łez się uśmieje. Jednakże w każdej z tych przypowieści, choćby nie wiem jak surrealistyczna się wydawała, jest ziarnko prawdy i pewnego rodzaju nauka. Warto ją wyciągnąć po to, by lepiej poznać ludzką naturę, a także po to, by zastanowić się nad sprawami życia i śmierci.

Polecam tę książkę ludziom, którzy nie mają cierpliwości do czytania filozoficznych traktatów, a chcą pochylić się nad czymś, co porusza tematykę sensu życia i jego kształtu. Kształtu, który sami mu nadajemy. Cięty język oraz ogromna dawka ironii pozwolą nam przyswoić pewne wartości, którymi warto się kierować, aby przejść przez życie będąc dobrym człowiekiem.

Na zakończenie słowa, które dały mi do myślenia podczas lektury. Jakoś tak w szczególny sposób je zapamiętałam. 

Wiedzę zdobywa się nad książką, a nie kalendarzem.

To tyle. Polecam i pozdrawiam! :) 


9 sty 2018

Czytam Polskie Serie 2018


W 2015 rozpoczęłam osobiste wyzwanie czytelnicze Czytam polskie serie. W ciągu dwóch lat przeczytałam dzięki niemu książki, po które pewnie bym nie sięgnęła i już wiem, że dużo bym straciła. Dlatego w tym roku znów stawiam sobie za cel poznanie Polskich Serii

Plan na rok 2018:

  • R.M.Wegner "Opowieści z meekhańskiego pogranicza
  • A.Ziemiański "Achaja" (podejście drugie - pierwsze okazało się klęską)

Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz wziąć udział w wyzwaniu i przeczytasz w tym roku chociaż jedną z Polskich Serii. Nie musi być to fantastyka, może być też np. "Trylogia" Sienkiewicza (sama może też kiedyś w końcu po nią sięgnę!). Możecie również po prostu przeczytać kilka książek jednego autora. Jak widać dowolność jest ogromna.

Oto kilka zasad wyzwania:


  • Wyzwanie trwa od 9 stycznia do 31 grudnia 2018
  • Nie ma żadnych "ilościowych" wytycznych, ani deklaracji, ale miło mi będzie, gdy podzielicie się ze mną informacją o seriach, które wybraliście. Inspirujmy się nawzajem!
  • Jeżeli żadna z polskich serii nie jest w Waszym guście lub wszystkie macie już przeczytane, wystarczy że pochylicie się nad kilkoma książkami wybranego polskiego autora.
  • Dla blogerów i użytkowników mediów społecznościowych: jedyne o co proszę, to zamieszczenie podlinkowanego bannera u siebie na blogu oraz oznaczenie wpisów i zdjęć hashtagiem #czytampolskieserie lub #CPS2018  - dajcie znać, że podejmujecie wyzwanie! :)
  • Z wyzwania można w dowolnym momencie zrezygnować.

Do Wyzwania można się zapisywać w komentarzach poniżej :)




⇐⇐⇐ Zapraszam do pobrania bannera informującego o Wyzwaniu.



Życzę powodzenia w realizacji zarówno tego wyzwania, jak i wszystkich wyzwań czytelniczych, których w tym roku się podejmiecie.

Do miłego!❤

6 sty 2018

Podsumowanie roku 2017

"Nowy rok - nowa ja" i wszystko nowe, piękne i świeże☺


No tak, ale najpierw trzeba zamknąć stary rok, a cóż może być lepszego dla mola książkowego od czytelniczego podsumowania? Zwłaszcza, gdy zrobiło się pewien postęp? Dlatego powstaje ten wpis. Chcę podzielić się z Wami tytułami, które przeczytałam, wraz z ich ocenami, a nieraz i z linkiem do recenzji. Do wymarzonych 52 książek trochę jeszcze mi zostało, ale cieszę się, że udało mi się dobić do liczby 31. Zazwyczaj było ich 25, także minimalny postęp jest.

(Przeglądając zeszłoroczne podsumowanie zauważyłam, że moim życzeniem było przeczytać 30 książek w roku 2017. O życzeniu dawno zapomniałam, ale cieszę się, że się udało)

Do rzeczy. Książki przeczytane w 2017 roku:

3. J.Gaarder „Vita brevis” 6/10
9. K.Hannah „Słowik” 10/10
10. J.Green „Gwiazd naszych wina” 6/10
11. Marek Aureliusz „Rozmyślania” 6/10
12. B.Pawlikowska „Kurs szczęścia” 7/10
14. E.E.Schmitt „Zapasy z życiem” 3/10
15. R.Byrne „Nauki na każdy dzień” 2/10
16. A.Wajrak „Wilki” 8/10
17. S.Raduńska „Kartki z białego zeszytu” 7/10
19. A.Christie „Morderstwo w Orient Expressie” 9/10
20. Opr.Zbiorowe „Spotlight: Zdrada” 8/10
21. M.White „Tolkien. Biografia” 6/10
23. A.Christie „I nie było już nikogo” 9/10
24. P.Süskind „Pachnidło” 8/10
25. A.Franz „Rytuał zbrodni” 6/10
26. A.Osiecka „Sentymenty”  7/10
27. U.K.LeGuin „Ziemiomorze” 6/10

  • „Czarnoksiężnik z Archipelagu”
  • „Grobowce Atuanu”
  • „Najdalszy brzeg”
  • „Tehanu”
  • „Inny wiatr”
  • „Opowieści z Ziemiomorza”
28. T.Kowalski „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć” 9/10
29. J.Grzędowicz „Pan Lodowego Ogrodu” (tom 1) 9/10
30. J.Grzędowicz „Pan Lodowego Ogrodu” (tom 2) 8/10
31. J.Grzędowicz „Pan Lodowego Ogrodu” (tom 3) 9/10

żółty - wyzwanie "Czytam Polskie Serie"
niebieski - BookAThon edycja letnia

W sumie to każda część „Ziemiomorza” to osobna powieść, więc można dodać jeszcze 6, ale mam je wszystkie zebrane w jeden opasły tom, więc liczę, jako jedną książkę, żeby nie nabijać sztucznie licznika. Nie o to w tym chodzi.

Średnia ocen książek na rok 2017: 7,3. Ciut gorzej, niż w zeszłym roku, gdy było to 7,6. Czyli większa ilość książek, ale niekoniecznie lepsza ich jakość.

Wzięłam udział w dwóch wyzwaniach: BookAThon (edycja letnia) oraz Czytam polskie serie. (moje autorskie wyzwanie). BookAThon poszedł mi nieźle."Czytam polskie serie" lepiej niż rok temu, bo trafiłam na naprawdę dobry kawał literatury w postaci „Trylogii Husyckiej” Sapkowskiego oraz „Pana Lodowego Ogrodu” Grzędowicza. Zabrakło czasu na ostatni tom „Pana...”, ale nic nie szkodzi. Z tą serią naprawdę nie ma się co śpieszyć. Lepiej czytać na spokojnie i przeżywać każdą stronę, niż "przelecieć" i zapomnieć.

Noworoczne postanowienia napiszę Wam w przyszłym tygodniu. Teraz lecę na Wasze blogi. Chętnie poczytam, co tam u Was ciekawego.

Zaczytanego roku 2018 Wam życzę! 

PS. Zapraszam na moje media społecznościowe: Facebook, Instagram, Twitter.

18 gru 2017

Michel Schneider "Marilyn. Ostatnie seanse"

Zachęcona biografią Marilyn Monroe autorstwa Alfonso Signoriniego (link) po jakimś czasie postanowiłam znów spotkać legendarną blondynkę lecz tym razem opisywaną piórem innego człowieka. Wybór padł na psychoanalityka – Michela Schneidera. Wielkim wyczynem byłaby degradacja tak burzliwego i intensywnego życia do nudnego reportażu, przy którym czytelnik ziewa nawet w południe. Panu Schneiderowi udało się to osiągnąć. (Wątpię, żebym przez cały czas zmagań z tą książką cierpiała na niedotlenienie.)

Motywem przewodnim dokumentu jest toksyczna relacja pomiędzy Marilyn Monroe a jej ostatnim (i chyba najważniejszym) psychoanalitykiem Ralphem Greensonem. MM była zagorzałą miłośniczką terapii, psychologii i filozofii. Zaczytywała się w traktatach doktora Freuda, a nawet przez pewien czas była pacjentką jego córki. Raplh Greenson zaintrygował ją już podczas pierwszego spotkania, gdyż jako jedyny mężczyzna, nie patrzył na nią pożądliwie. Przez cały okres trwania ich „związku” pozostawał wierny swojej żonie, którą Marilyn zresztą bardzo ceniła. Wprowadził aktorkę do swojego prywatnego życia, co wpłynęło na ich wzajemne uzależnienie od siebie. Przez ostatnie tygodnie życia MM pobierała terapie dwa razy dziennie, co poniekąd uczyniło z Greensona „lekarza jednej pacjentki”. Zajmowała mu tyle czasu, że nie mógł już pomagać innym, a każdy jego wyjazd w ramach szkolenia bądź wygłaszania naukowych wykładów, okupiony był morzem łez wypłakiwanych przez Monroe.

Istniała między nimi jakaś tajemnica, rodzaj paktu opartego na pasji, w którym każde zdawało się mówić „Nie umrę, dopóki mną władasz”

Tym, co od razu uderza w strukturze książki jest brak chronologii. Stosowane przez autora skoki czasowe dekoncentrują czytelnika. Raz uczestniczy w wydarzeniach z roku 1946, później 2005, następnie 1950 itd. Skutkuje to zagubieniem na ścieżce życia aktorki, jej psychoanalityka i innych osób, których sylwetki są opisywane. Pomimo usilnych starań i uważnej lektury nie potrafię podać prawidłowej kolejności ważniejszych wydarzeń z życia MM, a książkę odłożyłam na półkę ledwie godzinę temu.

Autor sam przyznaje się do swobodnego traktowania źródeł, na których opiera swój dokument. Dlatego wszystkie wypowiedzi należy przyjmować z dystansem. Warto pamiętać, że głównym celem Schneidera nie jest poprowadzenie nas za rękę przez koleje losu Blondynki, lecz jej analiza psychologiczna. Konsekwencją tego działania jest dopasowywanie poszczególnych wydarzeń, myśli i dialogów do tezy, którą wysnuwa: Marilyn Monroe to osoba z podwójną osobowością – schizofreniczka; wieczne dziecko, szukające w seksualnych kontaktach z mężczyznami rodzicielskiej czułości, której zabrakło we wczesnej młodości.

Nie polecam tej książki jako pierwszej lektury o MM. Schneider zakłada, że ma do czynienia z czytelnikiem, który dobrze zna jej życie, mężów, kochanków i innych ludzi, którzy wiele dla niej znaczyli. Dzięki lekturze Signoriniego nie dziwiło mnie już nazwisko Joe di Maggio, Franka Sinatry czy Johna Kennedy’ego, jednakże obawiam się, że mogłabym niewiele zrozumieć nie mając  wspomnianego już wyżej fundamentu wiedzy. 

„Marilyn. Ostatnie seanse” uważam za lekturę ważną dla miłośników Monroe, którzy pragną zgłębić wiedzę psychologiczną na temat swojej idolki. Dla mnie to było dopiero drugie spotkanie z tą postacią. Cieszę się, że mam już je za sobą, gdyż wzbogaciłam swoją wiedzę o kilka pojęć natury psychologicznej. Mam nadzieję, że następna książka o MM, którą przeczytam będzie ciekawsza od „Ostatnich seansów”. I chyba nie będzie to wielkim wyczynem.


28 wrz 2017

10 ulubionych książek (cz.1)

Już od kilku dni mamy kalendarzową jesień. Oznacza to, że wieczory będą coraz dłuższe i znaczna część z nas spędzi je w towarzystwie książki, koca i rozgrzewającej herbaty. Z tego właśnie powodu postanowiłam podzielić się z Wami listą 10 moich ulubionych książek. Kto wie, może znajdziecie tu coś, co umili Wam pewien październikowy lub listopadowy wieczór? Ja na pewno wrócę do którejś z niżej wymienionych książek.

(Mam dylemat, w jakiej kolejności wymieniać Wam ulubione książki, bo naprawdę WSZYSTKIE podobają mi się jednakowo! Ok, jest jeden wyjątek - „Mały Książę”. Kto zna mnie ciut dłużej wie, że mam szczególną słabość do niego. Dlatego wybieram tę książkę jako pierwszą do omówienia. Następne będą w kolejności alfabetycznej według nazwisk autorów. Żeby było sprawiedliwie.

Aha, jeszcze jedno. Nie będę pisać streszczeń – możecie je znaleźć wszędzie w Internecie. Wolę skupić się na opisaniu Wam w kilku zdaniach, tego co
mnie urzekło  w tych właśnie książkach.)

1. Antoine de Saint-Exupéry „Mały Książę”


W „Małym Księciu” zakochałam się już będąc w gimnazjum. Znalazłam tam wiele cudownych odniesień do mojego ówczesnego życia. Była to dla mnie książka idealna na tamten czas. Spisałam sobie najpiękniejsze cytaty do małego notesika, który miałam zawsze ze sobą. Po kilku latach, pod wpływem sentymentu, wróciłam do tej książki. I co się okazało? Znów do mnie przemówiła! Znów doskonale, w punkt. Rok później sytuacja się powtórzyła. Niesamowite! Od tamtego momentu – czyli mniej więcej od czasu studiów – dbam o to, by znaleźć choć jeden dzień w roku dla „Małego Księcia”. I nieważne, że znam go już prawie na pamięć. Powieść zawiera w sobie tyle prawdy życiowej i uniwersalnych wartości, że nigdy mi się nie znudzi. I nie dam sobie nigdy wmówić, że to książka dla dzieci! Nie dajmy się zwieść „obrazkom”. „Mały Książę” o wiele lepiej zostanie zrozumiany przez dorosłych, niż przez dzieci.

2. Michaił Bułhakov „Mistrz i Małgorzata”

Ta książka, zupełnie słusznie, zaliczana jest do klasyki literatury. Jestem dosyć przekorna i nie kłaniam się klasyce tylko dlatego, że jest tak nazywana, dlatego do każdej tego typu lektury podchodzę z dystansem. W „Mistrza i Małgorzatę” jednak wsiąkłam bez reszty. Po pierwsze: zachwyciło mnie mistrzowskie budowanie wielowątkowości. Nie dość, że każdy z trzech wątków jest doskonale dopracowany, to jeszcze jeden przechodzi w drugi w taki sposób, że składa się to sensownie w jedną, spójną całość. Po drugie: poczucie humoru, zwłaszcza w Patriarszych Prudach. Po trzecie (i ostatnie): tytułowy wątek relacji pomiędzy Małgorzatą i jej Mistrzem – genialnie naszkicowany, pokolorowany, uwypuklony… po prostu ŻYWY. Ta wyjątkowa więź pomiędzy nimi – miłość, która nadała sens życiu Małgorzaty – mocno porusza.


Link do mojej recenzji "Mistrza i Małgorzaty" znajdziecie tutaj.

3. Aleksander Dumas (syn) „Dama Kameliowa”

Następny klasyk, w dodatku oparty na faktach. Czytając tę książkę ryczałam jak bóbr, zwłaszcza pod koniec. To samo dzieje się, gdy oglądam „Traviatę” - operę Giuseppe Verdiego, której libretto wzorowane było właśnie na powieści „Dama Kameliowa”.

Powieść porusza wątek miłości poczciwego Duvalla i paryskiej kurtyzany Małgorzaty Gautier. Silne uczucie do mężczyzny powoduje, że Małgorzata zrywa ze swoim dotychczasowym życiem. Nie da się jednak tak łatwo zerwać z niechlubną opinią, która snuje się za kobietą, jak cień i źle wpływa na postrzeganie pary zakochanych "w towarzystwie". Ich uczucie musi pokonać wiele przeszkód w drodze do pełni szczęścia. Jakby tego było mało, bohaterka choruje na gruźlicę… Co tu dużo mówić! Bardzo smutna, ale piękna książka.

4. Jostein Gaarder „Dziewczyna z pomarańczami”


Drugi wyciskacz łez na mojej liście (i już chyba ostatni). „Dziewczynę z pomarańczami” czytałam dwa razy i za każdym razem niestety zareagowałam tak samo. Nieważne, czy byłam w domu, czy w autobusie na drugi koniec Polski, płakałam strasznie! Nie będę Wam mówić, dlaczego, bo musiałabym sporo zdradzić z fabuły. Historia jest jednak tak urocza, niewinna i romantyczna, że tym mocniej porusza. To opowieść o miłości i o stracie. O bólu i samotności. O pustce. Z czystym sercem polecam. Książka jest krótka i prosta w odbiorze, zajmie Wam najwyżej dwa wieczory. Wierzę, że będą one niezapomniane.

5. Ignacy Karpowicz „Sońka”

Jakoś tak się złożyło, że to jedyna polska książka na mojej liście. Przecież czytam polskich autorów, najczęściej z gatunku fantastyki. A to nawet fantastyka nie jest! Aby dopełnić wyrazu przypadkowości, powiem Wam, że sięgnęłam po nią tylko ze względu na tytuł. Ciekawa byłam, kim w książce jest moja imienniczka. Po raz kolejny w moim życiu okazało się, że mam więcej szczęścia, niż rozumu. Trafiłam na bardzo wartościową lekturę.

„Sońka” opowiada historię z czasów wojny o miłości dziewczyny ze wsi na Podlasiu do niemieckiego żołnierza. Miłości niechcianej, miłości bez szans, miłości kosztującej wiele cierpienia. To po prostu nie mogło się udać. I mimo że od wojny minęło już tyle lat, Sonia nadal cierpi. I tęskni… Tylko wspomnienia wspólnie spędzonych chwil powodują, że w jej starym już sercu da się usłyszeć czasem echo młodości.



To była pierwsza część listy moich ulubionych książek. Za tydzień czujcie się zaproszeni na recenzję "Morderstwa w Orient Expressie", a za dwa tygodnie wypiszę 5 pozostałych książek z mojego topu.

Złotych dni Wam życzę i zdrowia. Nie dajcie się jesieni!😉

19 wrz 2017

Lorde "Melodrama"

Pewnego dnia podczas śniadania usłyszałam w Radiowej Trójce przepiękną piosenkę, taką z gatunku „moich ulubionych” – romantyczną, melodyjną, trochę smętną, z dobrym tekstem. Rzadko chce mi się płakać słuchając muzyki, zazwyczaj rozkładam ją na czynniki pierwsze – takie moje zboczenie zawodowe. Jednak tym razem było inaczej. Piosenka trafiła prosto w moje serce, a ja nawet nie próbowałam hamować łez. Gdy wybrzmiały ostatnie akordy, głos prowadzącego powiedział, że to piosenka „Liability” z płyty Lorde pt. „Melodrama”. Nigdy nie słyszałam o tej artystce, ale ten jeden utwór sprawił, że wpadłam jak śliwka w kompot. Chciałam czym prędzej zapoznać się z całą płytą Lorde.

Wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że ta wokalistka ma zaledwie 20 lat. Utwory na płycie „Melodrama” są bardzo dojrzałe, stanowią intymny portret kobiety wraz z jej wrażliwością, troskami i wątpliwościami. Lorde opowiada o odkrywaniu samej siebie, o dobrych i złych wyborach, których konsekwencje odczuła na własnej skórze. Jednak nie jest to płyta rzewna. Dużo w niej energii, jak w młodej kobiecie, która ma na tyle siły, by po każdym upadku wstać, otrzepać się i iść dalej własną drogą. 

Krążek otwiera „Green Light”, przy którym już trudno usiedzieć w bezruchu. W podobnym stylu poprowadzone są następne trzy piosenki – rytmiczne, z mocnym bitem i  zmienne, jak miniaturowe mozaiki obfite w kolory. Wytchnienie daje dopiero wspomniana przeze mnie na wstępie piosenka „Liability”. To ona rozpoczyna refleksyjną część płyty. Po niej następuje „Hard Feelings/Loveless” o skrzywdzonej miłości, której apogeum następuje w przepięknym „Writer in the Dark”. Tutaj Lorde pokazuje ciepło głosu w niższych tonach i przepiękną płaczliwość w falsecie, a to wszystko ma pełne uzasadnienie w tekście – coś wspaniałego! W „Supercut” odcinamy się od wcześniejszego nastroju piosenek, by powrócić do niego przy „Liability (Reprise)”. Płyta kończy się pełnym ikry manifestem wyzwolonej młodości („Perfect Places”).

Płytę polecam każdemu, kto nie boi się nowych brzmień. Od kilku lat słucham Radiowej Trójki i coraz bardziej podobają mi się „Trójkowe” klimaty, dlatego płyta Lorde totalnie mnie zachwyciła. Jest inna, niż to, co obserwujemy we współczesnych, popularnych nurtach muzycznych. I ja tę inność kupuję.


PS. Po zapoznaniu się z płytą miałam okazję oglądać w Internecie koncert Lorde podczas Festiwalu Open’er w Gdyni. Niestety nie mogłam tam się zjawić osobiście, czego bardzo żałuję, bo to, co pokazała ta dziewczyna było zachwycające! Temperament, charyzma i artystyczne zacięcie – tak potrzebne na scenie, a tak rzadko spotykane, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Chwyciła mnie za serce i nie chciała puścić aż do końca koncertu. Była zjawiskowa!

29 sie 2017

Rick Riordan "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy, tom I: Złodziej pioruna"

Jakiś czas temu dane mi było obejrzeć film o tym samym tytule. Nie urzekł mnie, jednak stwierdziłam, że pomysł wydawał się dobry – wykonanie było słabe. Gdy dowiedziałam się, że film powstał na bazie książki, czym prędzej postanowiłam ją przeczytać, jako że ekranizacja najczęściej jest gorsza od pierwowzoru. To „czym prędzej” potrwało kilka lat i tak, dopiero niedawno wzięłam do ręki „Złodzieja pioruna” – pierwszą część serii „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy”.

Akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych, w czasach współczesnych. Bohaterem jest dwunastoletni chłopiec – Percy Jackson. Dziecko z problemami: dysleksja, podejrzenie ADHD... Z powodu złego zachowania w  żadnej szkole nie udaje mu się zagrzać miejsca dłużej niż rok. Na skutek różnych, nadnaturalnych przygód, Percy trafia do Obozu Herosów, gdzie dowiaduje się, że jest synem jednego z Bogów Olimpijskich. Przed chłopcem zostaje postawione zadanie: ma znaleźć skradziony Piorun – symbol władzy Zeusa. Pomaga mu w tym Annabeth (córka Ateny) i satyr Grover.

Dwunastoletni chłopiec, wyrzutek społeczeństwa, półsierota, poprzez swoje nadnaturalne zdolności (o których oczywiście nie wiedział) staje się bohaterem. Ten motyw jest bardzo popularny wśród fantastyki młodzieżowej (przykład: Harry Potter), dlatego bałam się zderzenia swojego wieku z powieścią pisaną dla ciut młodszej grupy docelowej (ciągle za mną chodzi "trauma Eragona”). Obawiałam się młodzieńczych humorów bohatera, lekkomyślności, zarozumiałości i braku pokory. Ku mej uciesze, Percy okazał się mądry, zaradny i dojrzały jak na swój wiek, a temat, który dziś wieje sztampą, przypomniał mi piękne wieczory, kiedy to nie mogłam oderwać się od serii autorstwa Joanne Kathleen Rowling.

„Złodzieja pioruna” czyta się bardzo szybko. Fabuła skonstruowana jest tak, że trudno jest zamknąć książkę i ot tak wrócić do swoich obowiązków. Akcja co rusz nabiera tempa, jest jak tocząca się kula śniegowa. Plastyczne opisy przenoszą nas do zupełnie innego świata i sprawiają, że jesteśmy w stanie nie tylko patrzeć, ale i dotykać rzeczy tam obecnych.

Mitologia różnych kultur interesowała mnie od zawsze. Opowieści te były dla mnie jak fantastyczne bajki o Bogach, w których wierzono tysiące lat temu. Nie przeszło mi nigdy przez myśl, żeby jakkolwiek odnosić starożytne Bóstwa do współczesnych czasów. Rick Riordan wpadł na ten pomysł i w bardzo ciekawy sposób przeniósł go na kartki swej powieści. Dzięki niemu nie jestem już w stanie spojrzeć na sztorm inaczej, niż jak na walkę Zeusa z Posejdonem. Na pewno nie odmówię sobie przyjemności zapoznania się z kolejną częścią.




22 sie 2017

Ransom Riggs "Osobliwy dom Pani Peregrine"

Podobnie jak większość czytelników, ja również zostałam przyciągnięta do tej książki intrygującą okładką. Wrażenie zaciekawienia spotęgowały dość przerażające zdjęcia dzieci w środku. Mimo uszu puściłam liczne opinie mówiące, że to książka dla nastolatków i dałam się wkręcić w osobliwy świat.

Głównym bohaterem jest nastoletni Jacob. Chłopiec wyrósł na dziadkowych opowieściach o wojnie, o niebezpieczeństwie, o ryzyku utraty życia i o azylu, do którego trafił wraz z innymi żydowskimi dziećmi. Wraz ze śmiercią dziadka, Jacob traci najbliższą sercu osobę. Nigdy nie miał z rodzicami tak dobrego kontaktu, jak ze zmarłym już dziadkiem. Nie potrafi pogodzić się ze stratą. Często najlepszym rozwiązaniem jest chwilowa zmiana miejsca pobytu. Los sprawia, że podróż Jacoba jest wypełnieniem ostatniej woli dziadka.

A w nowym miejscu czekają na niego same cuda i dziwy.

Tyle o treści, bo nie chcę zbyt dużo zdradzić. Powieść czytało mi się dobrze. Podobał mi się lekki język i płynąca narracja. Każdy rozdział kończył się tak, że od razu chciałam przeczytać następny. Autor świetnie nabudował we mnie ciekawość wydarzeń rozgrywających się w Osobliwym Domu. Jedyny minus jest taki, że nie potrafił tej ciekawości utrzymać, gdy już mnie do Domu Pani Peregrine wprowadził. Tak jakby zbyt wysoko zawiesił poprzeczkę na początku powieści, a później nie potrafił przez nią przeskoczyć. Czułam niedosyt, jeśli chodzi o dobre rozwinięcie i zakończenie historii. Brakowało energii końcowym fazom opowieści, podczas gdy zwykle to tam odbywa się istne szaleństwo. I nawet dobry pomysł manipulacji czasem, świetny w swojej idei i prowokujący do  ciekawych zapętleń, został tu potraktowany po macoszemu.

Podsumowując: „Osobliwy dom Pani Peregrine” to rzeczywiście książka dla nastolatków. Nie twierdzę, że starszym nie może się spodobać, bo może. Ale wystarczy być już o dekadę starszym, żeby zaczęły nas drażnić niedopracowane szczegóły. Mimo to książka dostaje ode mnie 7/10 za pomysł i zaciekawienie mnie historią oraz niezłe wykonanie. Czepiam się szczegółów, jak zwykle, ale całokształt jest naprawdę w porządku.


15 sie 2017

Tag książkowy

Bardzo lubię Tagi Książkowe. Lubię czytać o Waszych nawykach czytelniczych i preferencjach. Jakiś czas temu dostałam nominację do tagu od Kasi z bloga Biały Notes. Bardzo dziękuję za to wyróżnienie i, żeby już nie przedłużać, zabieram się do pisania odpowiedzi na pytania.  

Po książki jakiego gatunku sięgasz najczęściej?

Moją miłością od zawsze jest fantastyka. Poszerzam swoje horyzonty czytając również biografie, literaturę faktu, thrillery czy kryminały. Nawet obyczajówka czasem się trafi. Jednak to fantastyka zajmuje największą część mojego serca i moich półek.

Wolisz literaturę polską czy zagraniczną?


W swoim ulubionym gatunku czytelniczym stawiam raczej na polskich autorów. W Polsce mamy bardzo dobrze rozwiniętą fantastykę i naprawdę jest z czego czerpać radość czytania. Ale nie jestem zwolenniczką myślenia pt. "Dobre, bo polskie. Patrząc jednak na moje podsumowanie czytelnicze ostatnich miesięcy, na prowadzenie - zarówno pod względem ilości przeczytanych przeze mnie książek i wystawianych im ocen - wychodzą zagraniczni autorzy. Jeśli książka jest dobra, to nieważne czy to polskie dzieło, czy zagraniczne. Ważne, że dobrze się ją czyta.

Z którą książkową bohaterką/bohaterem najbardziej się utożsamiasz i dlaczego?

Odkąd kilka lat temu po raz pierwszy przeczytałam Sagę Wiedźmińską, moim książkowym alter ego stała się dla mnie Essi Daven pseuaonim "Oczko". Obie jesteśmy artystkami, obie zajmujemy się śpiewem i znamy języki obce. Jesteśmy wrażliwe, romantyczne i emocjonalne. Bardzo szybko tracimy rozum dla mężczyzny, nawet gdy ta miłość nie ma szans na spełnienie. Z tego powodu bardzo łatwo nas zranić.

Czasem wolałabym być jak Yennefer.
   
Czy miewasz okresy, w których odczuwasz przesyt i w ogóle nie sięgasz po książki?

Niestety tak :( Zazwyczaj dzieje się to maratonach czytelniczych takich, jak Bookathon, czy moje własne, które sama sobie urządzam. Coś w stylu "Ok, w lutym mam dużo wolnego czasu - przeczytam 10 książek". Kończy się tym, że czytam 5-6 książek i mam dość na najbliższe tygodnie. Takie sytuacje na szczęście zdarzają się już coraz rzadziej. Częściej mam przesyt konkretnego gatunku literackiego - nawet mojej ukochanej fantastyki. Wtedy na "odkucie się" czytam coś zupełnie innego, po czym wracam na stare tory :)
   
Która pora dnia jest dla Ciebie najbardziej odpowiednia na czytanie?
 

Kocham czytać rano! I cieszę się, że mój tryb pracy pozwala mi na to. Wieczorem ciężko mi się czyta - przy sztucznym świetle muszę mocno wytężać wzrok, poza tym mogę przysnąć w środku rozdziału nawet jeśli książka na maksa mnie interesuje. Myślę, że jest to kwestia preferowanego rytmu dnia mojego organizmu. Najbardziej produktywna jestem do południa i stopniowo przygasam, gdy słońce chyli się ku zachodowi.
   
Z jaką książką najbardziej się męczyłaś i czytałaś ją bardzo długo?

Teraz czytam książkę, która mnie męczy. Jest to "Ziemiomorze" Ursuli K. LeGuin. I to nie ze względu na rozmiar (ponad 900 stron), ale na historię, która raz wciąga mnie bez reszty, by później znowu odsunąć mnie od siebie na kilka dni bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Zaczęłam ją czytać na wiosnę, zostało mi jeszcze 250 stron do końca. Dawno już nie czułam takiego oporu podczas lektury.

Najstraszniejsza przeczytana powieść?


Raczej unikam horrorów, ale kiedyś zdarzyło mi się trafić na "Opowiadania" Edgara Allana Poe.  Pamiętam, że w każdym z nich autor robił co chciał z moimi uczuciami. Manipulował mną, a ja szłam za nim, gdziekolwiek mnie poprowadził. Kosztowało mnie to dużo emocji, które pamiętam do dziś.

Czy tworzysz także własne dzieła literackie?
 

Do niedawna zdarzało mi się pisać wiersze, ale za prozę na poważnie nigdy się nie wzięłam. Jako dziecko napisałam "książkę" na 20 stron zeszytu A5 :)

Zdecydowanie wolę czytać. A jeśli pisać to wyłącznie pamiętnik i bloga. To i tak dużo.

Kupujesz książki zaraz po premierze czy czekasz na promocje?

Ostatnimi czasy w ogóle unikam kupowania książek. Zmuszona jestem oszczędzać pieniądze, bo wielkimi krokami zbliża się do mnie moment zamążpójścia :) Dlatego średnio raz w roku z moim narzeczonym łapiemy jakąś dobrą promocję i wyposażamy nasze regały oraz czytniki w wielkie ilości wymarzonych książek i później mamy dość na jakiś czas. Jeśli chcę być w miarę na bieżąco z nowinkami czytelniczymi, to idę do mojej ulubionej biblioteki i poluję. Ale raczej nie mam parcia na czytanie tego, co modne. Nigdy nie miałam. Już jako nastolatka byłam trochę przekorna i zaczęłam czytać Pottera dawno po tym, gdy minęła na niego pierwsza moda.

Twoja najukochańsza powieść to… ?

"Mały Książę". Niezmiennie i już chyba na zawsze. Ile razy go czytam, tyle razy znajduję dla siebie coś istotnego. Z tej miłości do "Małego Księcia", zawsze szukam go w zagranicznych księgarniach, gdziekolwiek jestem. Planuję uzbierać pokaźną kolekcję. Taka moja mała słabość :)

Jeszcze raz bardzo dziękuję za nominację do książkowego tagu. To była dla mnie wielka przyjemność dzielić się z Wami moimi książkowymi nawykami.

Teraz czas na pytanie ode mnie do Was. Do tagu nominuję Sylwię z Unserious.pl oraz Agnieszkę z bloga
www.posredniczka-ksiazek.pl
 
1. Która pora roku jest dla Ciebie najlepsza na czytanie?
2. Kawa czy herbata? A może wino? Co lubisz pić czytając książkę?
3. Czy masz książkę, do której regularnie wracasz? Co to za książka i dlaczego akurat ta?
4. Jaka książka zrobiła na Tobie ostatnio największe wrażenie?
5. O której książce najchętniej wolałabyś zapomnieć?
6. Czy bierzesz udział w wyzwaniach czytelniczych?
7. Czy zdarza Ci się czytać książki w języku obcym? Co to za język i dlaczego akurat ten?
8. Jaką książkę zabrałaś ostatnio ze sobą na wyjazd?
9. Która książka zrobiła na Tobie największe wrażenie, gdy byłaś dzieckiem?
10. Jaka książka leży już długo na Twojej półce i nie może się doczekać przeczytania?

Buziaki!