Artur Tojza "Słona wanilia" tom II

Artur Tojza "Słona wanilia" tom II


Jakiś czas temu pisałam Wam o pierwszym tomie obyczajowego cyklu Artura Tojzy pt. "Słona wanilia". Bohaterami cyklu są licealiści ze szkoły w Gdyni. Zanim przejdziecie do dalszej części wpisu przeczytajcie proszę recenzję pierwszego tomu tutaj.

Dziś kilka słów na temat tomu drugiego.

Tym, co od pierwszych stron rzuca się w oczy jest ogromna metamorfoza Tomka! Bohater, który w pierwszym tomie wybitnie działał mi na nerwy, tutaj dojrzał, nie tracąc jednak osobliwego poczucia humoru. Nadal widoczny jest jego brak obycia w towarzystwie, bo inteligencja społeczna Tomka i umiejętność odczytywania emocji nadal pozostawiają wiele do życzenia. Ale dzięki temu właśnie pojawiały się momenty, w których zdrowo się uśmiałam! 

W szkole, do której chodzą nasi bohaterowie, pojawia się nowa twarz. Diana. Podobnie jak Amanda zajmuje się modelingiem. I podobnie jak Amanda... bardzo lubi Tomka. Najlepsze jest to, że on z niczego nie zdaje sobie sprawy. Z niczego! Co więcej, twierdzi, że skoro obie dziewczyny są modelkami, to na pewno się ze sobą dogadają. Mają przecież ze sobą tyle wspólnego! Ech... ten Tomek. Nie wie jeszcze, że "przyjaciółka mojego przyjaciela raczej nie zostanie moją przyjaciółką". Szczególnie w tym przypadku. 

Już w pierwszym tomie wydawało mi się, że bohaterowie są świetnie i pełnokrwiście wykreowani, ale teraz moje wrażenie jeszcze się wzmocniło. Czułam się, jakbym była nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem rozmów. Jakbym stała razem z nimi w grupie, siedziała z nimi przy stole. 

Bardzo dobrze czytało mi się drugi tom "Słonej wanilii". Zaangażowałam się w tę historię i z wielką przyjemnością obserwowałam tok wydarzeń między Tomkiem, Amandą i Dianą. Książkę polecam tym, którzy lubią czytać o zwyczajnych relacjach międzyludzkich młodzieży szkolnej. Przy tej lekturze można się odprężyć i złapać oddech.

Ze egzemplarz do recenzji dziękuję Autorowi.



Dlaczego nie podobała mi się książka "Ukochane równanie profesora"?

Dlaczego nie podobała mi się książka "Ukochane równanie profesora"?

 


Swego czasu na książkowych social mediach panowała moda na "Ukochane równanie profesora" Yoko Ogawy przez co zapisałam tę książkę na liście "must read". Była to dla mnie możliwość dotknięcia literatury japońskiej, spróbowanie czegoś nowego, co wzbudza ogólny zachwyt, "więc na pewno jest dobre". Jakże wielki jest mój zawód teraz, po lekturze "Ukochanego równania...", gdy wreszcie skonfrontowałam oczekiwania z rzeczywistością. Zapraszam do lektury bardzo subiektywnego wpisu na temat książki.

Krótko o historii. W 1975 roku dochodzi do poważnego wypadku samochodowego, na skutek którego 47-letni profesor matematyki traci pamięć. Ale nie traci jej w taki "klasyczny" sposób. Okazuje się, że jego mózg pamięta wszystko sprzed wypadku, jednakże po nim jest w stanie zapamiętać wyłącznie ostatnie 80 minut życia. Wydarzenia, na których skupia się książka dzieją się w roku 1992. Profesor ma 64 lata. Nadal pamięta wyłącznie młodość i ostatnie 80 minut. Zatrudniona do opieki gospodyni ma mu pomagać w codziennych obowiązkach, tymczasem mężczyzna otwiera przed nią drzwi do fascynującego świata matematyki. 

Piszę tę opinię z perspektywy osoby, która nie miała z matematyką po drodze, dopóki nie poznała kogoś, kto pomógł jej nadrobić zaległości, pokazał piękno tej nauki i przekonał, że - na poziomie szkolnym - nie ma w niej nic trudnego. Jestem człowiekiem, który przez lata przekonywał siebie i wszystkich wokół, że jest HUMANISTĄ tylko dlatego, że nie umiał matematyki. W liceum dokonała się wielka zmiana mojego myślenia, a ja zaprzyjaźniłam się z Królową Nauk.

Czytając "Ukochane równanie profesora" na zmianę nudziłam się i oburzałam. Wiele wątków poddałabym pod dyskusję. Poniżej wymienię kilka. 

Robienie z profesora zgrzybiałego ramola w zapleśniałych butach, podczas gdy ma on dopiero 64 lata ("Młody chłop!" - powiedziałaby moja 78-letnia teściowa) jest w mojej opinii lekką przesadą, nawet biorąc pod uwagę to, że ucierpiał w wypadku samochodowym i jego pamięć jest mocno ograniczona, przez co nie do końca może radzić sobie z dbaniem o siebie. 

Cały akapit poświęcony został poetyckiemu opisowi równania Eulera. Fakt, wygląda ono szczególnie pięknie, ale nie dajmy się zwariować! 

Spora część książki bazuje na ciekawostkach matematycznych. Mogą one fajnie posłużyć komuś, kto chce się popisać w towarzystwie, że wie czym są liczby bliźniacze, zaprzyjaźnione, czy doskonałe, jednakowoż są to "rewelacje" do niczego nauce niepotrzebne.

Teraz to, co mnie rozsierdziło najbardziej. Uwaga, idzie cytat z profesora: "Matematyka jest piękna właśnie dlatego, że nie przydaje się w codziennym życiu". Bum!!! Okej, na co dzień nie musimy wiedzieć czym jest całka, nie interesują nas też czary-mary liczb doskonałych, bliźniaczych i zaprzyjaźnionych, ale przecież matematyka jest przede wszystkim nauką logicznego myślenia, a to już powinno zajmować naczelną pozycję w naszym codziennym repertuarze. 

Podsumowując, uważam, że "Ukochane równanie profesora" to książka przereklamowana, nudna i niewiele wnosząca. Mój mąż jest matematykiem i niejednokrotnie spędzałam z nim całe godziny na rozmowach o nauce, dlatego wątki poruszane w książce są dla mnie po prostu niewystarczające.

ALE, żeby nie było, że wszystko jest tak totalnie źle. Znalazłam plus i to duży: jeśli po lekturze tej książki choć jedna osoba przekona się do matematyki, uzna jej piękno i zacznie zgłębiać temat, z przyjemnością pogratuluję Autorce skutecznej zachęty. Książka ta może inspirować do bliższego poznania Królowej Nauk. Będąc osobą przekonaną do matematyki potrzebuję już jednak trochę innych bodźców. Ta książka to dla mnie za mało. Dlatego daję 2/5. 

Artur Tojza "Słona wanilia"

Artur Tojza "Słona wanilia"


Tym razem przychodzę do Was z gatunkiem, który rzadko można u mnie znaleźć - powieść obyczajowa. A to wszystko za sprawą Artura Tojzy, którego poznałam przy okazji krwawego i emocjonującego thrillera "Farreter" (recenzję możecie znaleźć tutaj). Ciekawa byłam jak poradził sobie z delikatniejszym gatunkiem.

Bohaterowie "Słonej wanilii" są licealistami, uczęszczającymi do szkoły w Gdyni. Tomek to typowy outsider. Siedzi z nosem w komiksach, nie wychyla się, nie zwraca na siebie uwagi, ale jak już puści żart to soczysty. Problem w tym, że nie każde miejsce jest odpowiednie do "śmieszkowania". A już na pewno nie nadaje się do tego gabinet szkolnej psycholożki. Na skutek durnego wygłupu, Tomek trafia na dywanik do swojej wychowawczyni, a ta za karę angażuje go do pomocy przy organizacji imprezy walentynkowej. Dla niego to combo nieszczęść. Powiedzieć, że Tomek nie przepada za walentynkami to jakby nic nie powiedzieć. On wręcz NIENAWIDZI walentynek! A teraz zostaje wrzucony w sam środek magmy czerwonych serduszek, serduszeczek, serduszuniek i "słitaśnych" misiaczków. 

Amanda i Anna zarządzają całą organizacją imprezy. To prawdziwe szkolne gwiazdy. Anna jest piękną, spokojną dziewczyną, o bystrym umyśle i niesamowitej inteligencji. Amanda zaś olśniewa urodą, a mężczyźni szaleją na jej punkcie. Jest utalentowaną organizatorką i właściwie to ona rozdaje karty w Klubie Pomocników. Po szkole pracuje jako modelka. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych, a wszystko, czego się dotknie "zamienia w złoto". Tym bardziej dziwi brak zainteresowania ze strony Tomka. Dziwi nie tylko czytelników, ale i bohaterki, które w związku z zaistniałą sytuacją stawiają sobie za cel zburzenie muru, którym otoczył się Tomek. Całej akcji przewodzi - jakżeby inaczej! - Amanda. Chłopak wydaje jej się fascynujący, bo jako jeden z niewielu nie patrzy na nią jak na "kawał mięsa", a nawet pozwala sobie na żarty, które stoją tak daleko od flirtu jak to tylko możliwe. Jest dla niej powiewem świeżości, którego tak bardzo potrzebuje będąc obiektem "końskich zalotów" ze strony kipiących hormonami licealistów.

Na początku Tomek strasznie mnie denerwował. Często myślałam sobie "Co za burak!", przez co lektura szła mi jak po grudzie, jednocześnie wiedziałam, że to dobrze, że główny bohater wzbudza emocje. Później już przywykłam do jego osobowości. Wszyscy bohaterowie, z resztą, wykreowani są realistycznie. Czułam się, jakbym czytała o prawdziwych ludziach, a nie o postaciach budowanych na potrzeby książki. Nie zdziwiłabym się, gdybym kiedyś w SKM-ce spotkała Amandę o kolorowych włosach lub zatopionego we własnych myślach Tomka. 

"Słoną wanilię" czyta się bardzo dobrze. Napisana jest lekko i potoczyście. Nie wzbudza skrajnych emocji, jak "Farreter", ale nie takie przecież jest jej zadanie. Lektura tej książki sprawiała mi przyjemność i pomagała się rozluźnić. Polecam tym, którzy lubią szkolno-młodzieżowe klimaty, ale nie tylko. Sama raczej obracam się w innych gatunkach literackich, z fantastyką w rękach czuję się najlepiej, a jednak miło było się odprężyć przy obyczajówce. Z przyjemnością sięgnę po następny tom.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Autorowi.



T.Kingfisher "Pokrzywa i kość"

T.Kingfisher "Pokrzywa i kość"

Mateczko od Wilgowronów, ależ to było dobre!

"Pokrzywa i kość" reprezentuje typ powieści, za którą tęskniłam. Powieść, w której główną rolę gra grupa bohaterów połączonych wspólnym celem. Powieść o wytrwałości i o tym, że z pomocą innych jesteśmy w stanie zrobić więcej niż w pojedynkę. Wreszcie, powieść angażującą emocjonalnie i pełną przeróżnych wątków, a jednocześnie zwartą - zamkniętą jedynie w 340 stronach. Ale po kolei...

Marra jest księżniczką, najmłodszą z trzech sióstr. Takie nieszczęście księżniczek, że nie mają prawa do posiadania własnego zdania i często wykorzystywane są do rozgrywania wielkiej polityki, która tak naprawdę dzieje się ponad ich głowami. Jednak Marze daleko do bycia "pokornym cielęciem" i gdy dowiaduje się, że mąż starszej siostry - książę, z którym połączyły ich stosunki dyplomatyczne - stosuje wobec niej przemoc, Marra bierze sprawy w swoje ręce. I to dosłownie, bo jednym z kroków, które musi zrobić by pomóc siostrze jest zbudowanie psa z kości za pomocą drutów. Jaki związek ma kościany pies z akcją ratowania księżniczki? Na to pytanie odpowiedź znajdziecie w książce. Ja już nic więcej z treści nie zdradzę, żeby nie psuć Wam przyjemności z czytania. Sama dość niewiele wiedziałam przed lekturą i myślę, że właśnie dlatego tak ochoczo chłonęłam całą historię. 

Jak już wspominałam we wstępie, właśnie takiej książki potrzebowałam. Bo choć ciągnie mnie do wielkiego i soczystego fantasy, wiem że nie mam teraz na to ani czasu ani przestrzeni. Chętnie za to wybieram bardziej zwarte, ale nasycone i angażujące opowieści. W "Pokrzywie i kości" mamy dużo magii i to takiej porządnej - prastarej, potężnej. Mamy pracę zespołową i wartości, które wnoszą zarówno młodzi jak i bardziej zaawansowani wiekiem bohaterowie. Są fragmenty humorystyczne, są też takie, które mną wstrząsnęły. (Wątek Margaret i jej drewnianej lalki zdecydowanie zasługuje na osobną książkę!). Pojawia się nawet drobny wątek romantyczny, ale nie jest w żaden sposób nachalny - raczej pomaga nam przypomnieć sobie, że inicjatorką całej wyprawy ratunkowej jest nastolatka z krwi i kości. 

Ok, do brzegu. "Pokrzywę i kość" czyta się fenomenalnie. To książka, która wciąga już od pierwszych słów. Sklasyfikowałabym ją jako młodzieżową fantastykę i na pewno poleciłabym nastoletniej córce, gdy już osiągnie ten wiek😉 Uważam jednak, że biorąc pod uwagę spory ładunek emocjonalny i dojrzałe podejście do tematu, dorośli również dobrze spędzą kilka wieczorów w towarzystwie tej powieści. 


Jarosław Grzędowicz "Księga Jesiennych Demonów"

Jarosław Grzędowicz "Księga Jesiennych Demonów"



Po lekturze "Pana Lodowego Ogrodu" stałam się fanką Jarosława Grzędowicza i czytam wszystko, co wychodzi spod jego pióra. "Księga Jesiennych Demonów" to ostatnia książka, która figurowała na mojej liście "do przeczytania". I cieszę się, że to na niej kończę, bo bardzo mi się podobała i zaostrzyła apetyt na więcej. Teraz już tylko pozostaje mi czekać na nowości.

Jesień przeróżne miewa oblicza. Nieraz mieni się wspaniałymi barwami, częściej jednak obdarza nas szarością, deszczem i chłodem, co wpływa na nasz nastrój ogólnego przygnębienia. Zwierciadłem tego nastroju jest "Księga Jesiennych Demonów". To zbiór fantastycznych opowiadań - przyjemnych, choć trudnych w odbiorze. Napisane są tak potoczyście, że strony niemal same się przewracają. Ich tematyka jednak jest tak mroczna, jak tylko mroczna może być jesień. Podczas lektury trudno się wyzbyć poczucia wszechogarniającej beznadziei i lęku. Trudno też uwierzyć w sprawczość człowieka jako jednostki samodecydującej. Bo czyż mamy wpływ na cokolwiek? Czy może nasze życie kierowane jest czyjąś niewidzialną ręką?

Polecam na bure i deszczowe wieczory. 



Matthew Perry "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz"

Matthew Perry "Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz"

 


Biografię Matthew Perry'ego zaczęłam czytać dzień po jego śmierci. Wstrząśnięta tą wiadomością czym prędzej chciałam dowiedzieć się, co działo się w życiu aktora, który rozbawiał mnie do łez w "Przyjaciołach".

Perry jawi nam się w swej biografii jako człowiek będący więźniem samego siebie. Nałóg wyniszczył jego ciało i nadszarpnął duszę. Będąc zakładnikiem autodestrukcyjnych myśli nie potrafił nawiązać bliskiej relacji z żadną kobietą. Ciągle czuł się niewystarczający do poważnych związków. Ostatnimi czasy silnie odczuwał brak domowego ciepła, kochającej kobiety i śmiechu dziecka.

Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Potoczysty język sprawił, że czułam się, jakbym rozmawiała z Matthew o jego życiu. Mam jeden zarzut do tej biografii - skoki czasowe. Nieraz trudno było mi się połapać gdzie na osi czasu jesteśmy. Tłumaczę sobie to tym, że życie Perry'ego takie właśnie było - chaotyczne i trudne do ogarnięcia.

Czytając tę książkę czułam smutek i przygnębienie. Efekt ten potęgowała świadomość, że Perry'ego nie ma już między nami. Żal mi tego człowieka. Tak po prostu. Dlatego powstrzymuję się od "gwiazdkowania" tej książki. Moim zdaniem żadna ocena w skali 1-5 czy nawet 1-100 nie byłaby adekwatna do tego, jakie emocje towarzyszyły mi podczas lektury. 

Marcin Mortka "Maleficjum"

Marcin Mortka "Maleficjum"


Swoje pierwsze spotkanie z Marcinem Mortką uważam za bardzo udane. "Maleficjum" to powieść, która ze strony na stronę angażowała mnie coraz bardziej. 

Akcja dzieje się na szesnastowiecznej Malcie. Bruno Calazzo, nazywany wiedźmim synem, próbuje odkryć tajemnicę swojego pochodzenia. Docieka też prawdy o życiu i śmierci swoich rodziców. W tej pełnej niebezpieczeństw, artefaktów i czarnej magii drodze do poznania swojego dziedzictwa towarzyszy mu drużyna przyjaciół, na których zawsze może polegać. Ich rozmowy i rubaszne poczucie humoru niejednokrotnie sprawiły, że parsknęłam śmiechem. 

Fabuła osadzona jest w prawdziwej historii Malty. Jako że z historią zawsze było u mnie na bakier, nie wypowiem się na temat przeplatania ze sobą wątków historycznych i fikcyjnych. Brak tej wiedzy nie przeszkodził mi jednak w lekturze i czerpaniu z niej przyjemności.

Polecam "Maleficjum" zarówno tym, którzy lubią historyczne fantasy, jak i tym, którzy po prostu mają ochotę na dobrą fantastykę. To pierwszy tom nowego cyklu, dużo przygód jeszcze przed nami!


Książka przeczytana w ramach wyzwania Polska Fantastyka Fajna Jest u Unserious.pl

Artur Tojza „Farreter” (tom I cyklu „Alicja w krainie zbrodni”)

Artur Tojza „Farreter” (tom I cyklu „Alicja w krainie zbrodni”)


Dawno już nie czytałam żadnego thrillera, dlatego gdy nadarzyła się sposobność poznania nowego cyklu, nie wahałam się ani chwili. Tym bardziej, że akcja dzieje się w bliskim mi geograficznie Trójmieście w czasach współczesnych. 

Pewnego ciepłego dnia w domku letniskowym na obrzeżach Gdyni zostaje znalezione zmasakrowane ciało ultraradykalnego aktywisty LGBT. Chwilę później w podobny sposób ginie skrajnie fanatyczny ksiądz. Tych ofiar pozornie nie łączy ze sobą nic, a jednak zbyt dużo tu analogii. Śledztwo zostaje przydzielone zespołowi kierowanemu przez Alicję Zając, który dość sprawnie radzi sobie z odnalezieniem klucza, według którego działa zabójca. Nie pozwala to jednak zapobiec kolejnym zbrodniom. Szaleniec zawsze jest o krok przed policjantami i szerokim, wręcz teatralnym gestem podrzuca im następne ofiary. 

Książkę od samego początku czytało mi się bardzo dobrze, wciągnęła mnie już od pierwszych stron. I choć opis pierwszej zbrodni był dla mnie skokiem na głęboką wodę, z czasem przyzwyczaiłam się, że zabójca uśmierca swe ofiary z fantazją i polotem. Sprawa ze strony na stronę stawała się coraz większa i coraz bardziej zagmatwana, aż w końcu przeszła pewien próg bólu, po którym wszystko powinno się już zacząć układać. Jednak to nie takie proste i nawet gdy wydawało się, że zbliżamy się do rozwiązania, okazywało się, że jednak ciągle depczemy zabójcy po piętach, zamiast go wyprzedzić i powstrzymać. 

Jestem trochę zawiedziona główną bohaterką, mam bowiem wrażenie, że za mało było Alicji Zając w sprawie prowadzonej przez Alicję Zając.  Wydaje mi się, że najbrudniejszą robotę wykonywał jej - niebędący policjantem, ale zaaprobowany przez komendanta za niekonwencjonalne myślenie - brat, Damian. Jego polubiłam właściwie od samego początku. Podobały mi się też postacie poboczne. Dresiarze spod bloku zrobili naprawdę świetną robotę w tej książce dodając wątek humorystyczny i nie tylko. Intrygującym bohaterem stał się dla mnie rosłej budowy, a jednak wrażliwy pisarz literatury kobiecej i chciałabym, żeby pojawiał się częściej. A wracając jeszcze na moment do głównej bohaterki, mam nadzieję, że w kontynuacji cyklu Alicja bardziej dojdzie do głosu, pokaże kobiecą siłę i zrobi coś takiego, że „czapki z głów”. 

Podobały mi się nawiązania kulturalne do filmów i językowe do jidysz. Dodawały one pikanterii całej sprawie. Akcja toczyła się w bardzo dobrym tempie, choć mogłoby być jeszcze lepsze gdyby nie wrzutki z prywatnego życia bohaterów, które czasem mi się dłużyły. Ale to naprawdę drobnostka w porównaniu z ogólnym bardzo dobrym wrażeniem.

Ok, do brzegu. „Farreter” to kawał porządnego thrillera, który zaangażuje Was emocjonalnie na tyle, że nie będziecie chcieli odkładać ebooka (książka dostępna wyłącznie w formacie cyfrowym). Fabuła od początku do końca jest spójna i logiczna. Autorowi udaje się uchronić przed „efektem dużej chmury i małego deszczu” (tak nazywam w kryminałach pompowanie sprawy do gigantycznych rozmiarów, po którym następuje pospieszne i bezsensowne rozwiązanie), z czym niejednokrotnie się spotykałam u innych pisarzy. Przez tę książkę po prostu się płynie. Jestem bardzo ciekawa kontynuacji, a Wam gorąco polecam lekturę.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi. Cieszę się, że mogłam napisać kilka słów o powieści, która tak bardzo mi się podobała.

Aneta Jadowska „Cud, miód, Malina”

Aneta Jadowska „Cud, miód, Malina”


Jeżeli chcecie spróbować fantastyki, ale przerażają Was złożone światy pełne przeróżnych dziwnych istot, walk i rozlewu krwi lub jeśli szukacie po prostu przyjemnej lektury na kilka wieczorów, mam idealną książkę dla Was! 

„Cud, miód, Malina” Anety Jadowskiej to zbiór opowiadań o rodzinie Koźlaków, a właściwie o żeńskiej części rodu, zwanej klanem Koźlaczek. Matriarchat jest tam na porządku dziennym, nie zmienia się nazwiska po wyjściu za mąż, lecz nosi się je z dumą, bo Koźlak znaczy wiele. Kobiety z pokolenia na pokolenie dziedziczą zdolności magiczne, a nad porządkiem czuwa nestorka rodu, ponad stuletnia Narcyza Koźlak, prababka naszej tytułowej bohaterki, Maliny. Wydarzenia dzieją się w świecie współczesnym. Główna gałąź klanu mieszka w Zielonym Jarze i niejednokrotnie ratuje to miasteczko z opresji, a w jednym z opowiadań mamy nawet piękny obraz tego, jak Koźlaczki również mogą liczyć na wsparcie ze strony sąsiadów.
 
Opowiadania nie są uporządkowane chronologicznie, ale nie przeszkadza to w lekturze. Jak tylko złapiemy kto jest czyją matką, ciotką, babką (w czym pomaga drzewo genealogiczne na początku książki), całkiem gładko wchodzimy w historię. Jak to z opowiadaniami często bywa, jedno jest lepsze, drugie gorsze, jednak ogólnie rzecz biorąc, poziom zaangażowania czytelnika jest bardzo wysoki. Ta książka po prostu wciąga i pomaga oderwać się od rzeczywistości.

Jedyny minus jest taki, że spodziewałam się salwy śmiechu co najmniej raz na każde opowiadanie. Czytając opinie o tej książce często spotykałam się z tym, jak ogromną dawkę humoru można tu znaleźć. Ja niestety owej ogromnej dawki nie znalazłam... może w dwóch miejscach lekko się uśmiechnęłam. Cóż, albo ze mnie ponurak książkowy (może tak być, nie wykluczam tego 😏), albo argument o śmiechu po pachy jest z lekka przesadzony. 

Jak wspomniałam we wstępie, polecam tę książkę osobom, które szukają lekkiej i przyjemnej lektury, która pomoże im oderwać się od stresu i zmartwień dnia codziennego. Polecam ją też osobom, które chcą zacząć swoją przygodę z fantastyką, ale czują dyskomfort na myśl o wchodzeniu w inny świat pełen potworów, walk i czarnej magii. Tutaj możecie czuć się bezpiecznie, choć wrażeń Wam nie zabraknie. Już Koźlaczki o to zadbają😎

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu SQN.


Książkę przeczytałam w ramach Wyzwania "Polska fantastyka fajna jest" 
 Magazyn „Presto” (nr 36, lato 2022)

Magazyn „Presto” (nr 36, lato 2022)


Zawsze interesowałam się szeroko pojętą kulturą. Ta pasja zdeterminowała moje życiowe wybory i przyczyniła się do tego, że stałam się zawodowym muzykiem. Z wielką ciekawością czytam więc magazyny kulturalne, szukając w nich inspiracji oraz – nierzadko – drogi do zrozumienia samej siebie. Dziś napiszę Wam kilka słów na temat 36. numeru magazynu „Presto”, którego tematem przewodnim jest NUDA.

Od „nudy” właśnie chcę zacząć. Kwestia ta została poruszona bardzo wielowymiarowo: od strony artystycznej, filozoficznej oraz – co urzekło mnie najbardziej – psychologicznej. Sama należę do ludzi, którzy „nigdy się nie nudzą”. Zawalam się obowiązkami, przebodźcowuję na wszelkie możliwe sposoby, podczas gdy moja praca daje mi przecież czasem przestrzeń do uwolnienia ciała i myśli, pozwolenia sobie na „nudę”. Po przeczytaniu rozważań na temat nudy postanowiłam sobie na nią pozwalać, bo uświadomiłam sobie, że naprawdę czasem warto się zatrzymać. Poczułam się zaopiekowana, a wszelkie myśli przyrównujące nudę do lenistwa odeszły hen daleko! W temacie nudy dopowiem jeszcze, że moje serce od pierwszego wejrzenia skradła okładka tego numeru. Interpretację ilustracji autorstwa Anastazji Pazury znajdziecie w środku magazynu, nie będę Wam spoilerować :) A może zachęcę Was do własnego poszukania klucza do jej zrozumienia?

Aktualny numer Magazynu „Presto” nie boi się poruszać również cięższych tematów. Mamy tu rozmowę na temat przemocy doświadczanej przez dzieci w trakcie edukacji muzycznej. Często nie zdajemy sobie sprawy, co może kryć się za wirtuozerią czy wspaniałymi kreacjami scenicznymi wielu wybitnych muzyków. Nie wiemy, przez co mogli przechodzić jako dzieci. I nie wiemy czy wpajany – być może siłą – perfekcjonizm nie przenosi się na ich życie prywatne, ich relacje z najbliższymi oraz z samym sobą. Innym artykułem, który daje do myślenia jest ten o intymności odsłanianej na potrzeby sztuki. Nie bez powodu mówi się, że sceny łóżkowe czy rozbierane są najtrudniejsze do zagrania. Faktycznie tak jest, dlatego wybawicielami w takich sytuacjach są koordynatorzy scen intymnych, którzy – na szczęście – coraz częściej pojawiają się na planach filmowych.

Magazyn obfituje także w artykuły o wiele lżejsze tematycznie. Z przyjemnością wybrałam się na wycieczkę do mojego wymarzonego Drezna, zajrzałam do archiwum teatralnego w Teatrze Słowackiego w Krakowie, powtórzyłam w myślach najukochańsze frazy muzyki Wojciecha Kilara podczas lektury wywiadu Mai Baczyńskiej z Magdą Miśką-Jackowską, a także otuliłam wyobraźnię delikatnym zapachem mydła od Braci Mydlarzy.

Podsumowując, polecam Magazyn „Presto” wszystkim, którzy interesują się kulturą. To blisko 170 stron różnorodności tematycznej od muzyki, poprzez film aż po sztukę. Poznacie kulisy świata artystycznego. Przeczytacie interesujące felietony, artykuły, wywiady, recenzje wydarzeń kulturalnych, filmów, płyt oraz nut. Zostaniecie zaproszeni na nadchodzące festiwale, koncerty i spotkania. Jeśli zaś chodzi o ten konkretny numer (36, lato 2022), przekonacie się, że w nudzie naprawdę nie ma niczego złego, a może nawet uda Wam się ją oswoić na tyle, by uznać ją, jeśli nie za przyjaciółkę, to chociaż dobrą koleżankę.

Dziękuję Magazynowi za udostępnienie egzemplarza do recenzji.
Donato Carrisi "Dziewczyna we mgle"

Donato Carrisi "Dziewczyna we mgle"


To było moje drugie spotkanie z Carrisim. I choć za pierwszym razem moim głównym zarzutem było zbyt szybkie i chaotyczne zakończenie w stosunku do przestrzeni poświęconej na budowanie napięcia, „Dom głosów” bardzo mi się podobał. Z ciekawością więc sięgnęłam po wcześniejszą książkę autora.

W małym miasteczku ginie bez śladu 16-letnia dziewczyna. W niewielkiej społeczności, gdzie każdy każdego zna, nie sposób uwierzyć, że porywaczem, czy nawet zabójcą może być ktoś, kogo mijamy na ulicy każdego dnia. Śledztwo prowadzi detektyw Vogel - zdeterminowany, by odnosić sukcesy, a w szczególności, by oczyścić swoje imię po wcześniejszej sprawie, która okazała się dla niego klęską. Porażka ta odbiła się szerokim echem w mediach. Sprawa zaginionej dziewczynki jest dla niego szansą na odzyskanie honoru i jest gotowy wykorzystać ją za wszelką cenę.

Temat nastolatki, która ni stąd ni zowąd rozpływa się w powietrzu i nie mamy pojęcia czy uciekła z domu, czy ktoś ją porwał, czy żyje, czy nie, z ogromną siłą wciąga czytelnika. Od samego początku czuć niepokój. Każdy wydaje się podejrzany. W pewnym momencie byłam tak zakręcona, że zaczęłam podejrzewać nawet... a, nie powiem Wam, żeby nie spoilerować ani trochę! 

Podobnie jak w przypadku „Domu Głosów” żal mi paru niewyjaśnionych wątków. Niemniej jednak wolę te niedopowiedzenia niż przegadanie, którym autor również nas uraczył. Nie wiem jak Was, ale mnie pierońsko wkurzają monologi zbrodniarzy wobec swoich ofiar. Wiecie, te momenty, kiedy porywacz tłumaczy bezbronnej ofierze swój tok myślenia, swoje działania krok po kroku i to jaki jest sprytny, bo wyprowadził policję na manowce taką czy inną czynnością. Sorry, ale nie kupuję tego i odejmuję jedną gwiazdkę. To jednak jedyna sporych rozmiarów rysa na „Dziewczynie we mgle”, którą zauważyłam. Z chęcią nadal będę czytać książki Carrisiego, bo lubię jego sposób budowania napięcia.

Polecam Wam tę książkę! 


Copyright © Sonia Czyta , Blogger