9 lip 2018

O tym, jak obcojęzyczna książka nauczyła mnie pokory.



Witajcie po długiej przerwie!

Dziś chcę się z Wami podzielić doświadczeniem, które spowodowało moją długą nieobecność w social media i na blogu. Zainspirowana wieloma osobami (zarówno wirtualnie, jak i na żywo) postanowiłam przeczytać swoją pierwszą książkę w języku angielskim, która nie byłaby Harrym Potterem czy Małym Księciem. Prawdopodobieństwo porażki było bardzo małe, ponieważ angielskiego używam na co dzień – komunikuję się z pracodawcami, znajomymi, słucham podcastów, oglądam filmy, czytam artykuły w Internecie. A jednak coś zawiodło i tylko dzięki wrodzonemu uporowi, ale i refleksji udało mi się uciec przed całkowitą klęską. I o tym będzie ten wpis.

Wybór padł na „Tell no one” Harlana Cobena. Znany i lubiany kryminał, zazwyczaj wychwalany przez blogerów i recenzentów. Ruszyłam z kopyta. Wypożyczyłam z biblioteki i już w autobusie zaczęłam czytać (i tu mała gwiazdka: zazwyczaj nie czytam w autobusach, bo mam chorobę lokomocyjną, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać). Przeczytałam prolog. Wow! Naprawdę dobry! Nie mogłam się doczekać, aż wrócę do domu i „łyknę” tę książkę na raz. I zapewne tak by się stało, gdybym miała w rękach polskie tłumaczenie, a nie wersję anglojęzyczną.

Jestem osobą niecierpliwą, ale książkom akurat lubię poświęcać dużo czasu. Czytam je starannie, często wracam do poprzednich stron, jeśli jakiś wątek mi umknie. Zależy mi na zrozumieniu, a nie na szybkim przeczytaniu i przeskoczeniu do następnej. Niestety w przypadku powieści w języku angielskim to właśnie mój pierwotny brak cierpliwości mocno dawał mi się we znaki. Chora ambicja napędzała mnie do tego, by czytać na siłę. Wmawiałam sobie, że odpoczynek po dwudziestu stronach jest dla słabeuszy, że przecież jestem w stanie przeczytać 60 stron za jednym razem. Skutek: przemęczenie i nieuważność. Często łapałam się na tym, że nie pamiętam, o czym tak naprawdę czytam, a to nie pozwalało mi pójść dalej. I tak kręciłam się w kółko. Z tego powodu książkę czytałam ponad miesiąc. Wydawało mi się, że już mam jej dość, a tak naprawdę miałam dość siebie i swojego głupiego zachowania. Dopiero pod koniec udało mi się znaleźć przyjemność z lektury. Gdy  schowałam pazury swojej ambicji.

Czego nauczyło mnie to doświadczenie?

Pokory. Nie muszę wszystkiego od razu rozumieć. Nie muszę narzucać sobie szalonego tempa. Mogę w pełni czerpać radość ze sprawdzania znaczenia słówek, z zatrzymania się nad jakimś opisem trochę dłużej. Nikt mnie nie ocenia. Jestem tylko ja i książka. Gdy udało mi się zakończyć zapasy z samą sobą, gdy wsłuchałam się w głos książki, a nie siłaczki w moim umyśle – wtedy zyskałam harmonię i przyjemność czytania. 

Samoświadomości. Język angielski nie jest moim językiem ojczystym. Nie ukończyłam też filologii angielskiej. Mam prawo do niewiedzy. Ale mam też chęć rozwoju.

Żywego języka angielskiego. Doceniłam, że obcuję z tym, co autor naprawdę napisał, a nie z tym, co zostało przełożone na język polski. Zauważyłam nieprzetłumaczalne gierki słowne, zrozumiałe tylko w języku angielskim. No i nauczyłam się oczywiście paru nowych słówek.

Co mnie zaskoczyło?

Bałam się, że to doświadczenie zniechęci mnie do czytania czegokolwiek w języku obcym. Stało się zupełnie odwrotnie! Myślę, że wkrótce znów sięgnę po książkę anglojęzyczną. Nie wiem jeszcze jaką. Nie wiem jeszcze kiedy. Ale jedno wiem na pewno: będę mieć do niej zupełnie inne podejście niż to „Tell no one”.

Jeżeli macie ochotę na lekcję pokory, gorąco polecam Wam czytanie w języku obcym. Zmierzycie się wtedy nie tyle z owym językiem, co z sobą i swoim charakterem. 

6 komentarzy:

  1. Czytam sporo, mieszkam w kraju angielskojęzycznym, a mimo to zajęło mi ponad 10 lat, żeby osiągnąć taki poziom znajomości języka, przy którym lektura książki po angielsku sprawia mi autentyczną frajdę i nie muszę się w końcu przejmować tłumaczeniem. Niektóre książki musiałem przeczytać trzy, cztery razy, żeby wyłapać wszystkie smaczki. A może nie wszystkie? Na Twoim miejscu nie podejmowałbym zbyt szybkich wniosków po przeczytaniu jednej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że masz to doświadczenie za sobą i nie zniechęciło Cię do kontynuowania czytania w języku anielskim. Ja angielskiego uczyłam się na fanfikach, potem przyszedł czas na komiksy, aż wreszcie doszło do tego, że czytam sporo książek w oryginale (niektórych autorów, po średnich doświadczeniach z tłumaczeniem, tylko po angielsku) i powiem Ci, że tak jak napisałaś, w tłumaczeniu traci się wiele smaczków i dowcipów słownych, które po prostu po polsku nie brzmią tak dobrze, nie są tak zabawne.

    Trzymam kciuki za dalsze przygody z literaturą w oryginale!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawo Ty! :D
    Ja też staram się czytać w obcych językach i wiem, że pochłania to zazwyczaj bardzo dużo czasu. Pamiętam również, że moją pierwszą książkę w języku angielskim "przemęczyłam". :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Ogromne gratulacje za to że podjęłas wyzwanie i do tego udało Ci się przeczytać książke do końca!! :D początku są trudne i wymagają dużo samodyscypliny. Moja pierwsza Książka po ang był tajemniczy ogród, później czytałam jeszcze trochę (z różnym skutkiem) Obecnie jednak zrezygnowałam na rzecz nauki języka niemieckiego :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Brawo za podjęcie tego wyzwania! Staram się czytać książkę w oryginalnym języku angielskim raz na kilka miesięcy. Ale zazwyczaj wybieram takie prostsze, mniej skomplikowane. O ile oglądanie filmików na YT nie sprawia mi najmniejszego problemu i jest mi właściwie obojętne, czy są po polsku czy po angielsku, tak niestety czytanie anglojęzycznej literatury wciąż jest dla mnie wyzwaniem. Ale idzie mi coraz lepiej! Zaczynałam lata temu od takiej książki specjalnie pisanej dla uczących się języka, z uproszczonym słownictwem i tłumaczeniami trudniejszych terminów, ale teraz już mogę sięgać też po tradycyjne książki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję! Muszę przyznać, że ja jakoś nie mogę się przełamać i nie czytam książek po angielsku. Chyba za dużo pozapominałam i przez to do tej pory nie spróbowałam. :)

    OdpowiedzUsuń