28 paź 2016

Andrzej Ziemiański "Achaja"


W końcu doczekałam się czasowych możliwości na nowy wpis. Swój powrót do blogosfery zaczynam od powieści, która niestety mnie nie urzekła. Wolałabym powitać Was „z grubej rury” entuzjastycznym „Ale ekstra książkę ostatnio czytałam!”. Trafiłam jednak na „Achaję” Andrzeja Ziemiańskiego.

„Achaja” jest trzytomową powieścią zaliczaną do fantastyki. Dwie pierwsze części dostały nominację do Nagrody im. Janusza A.Zajdla. Książka nie dość, że pasowała do mojego wyzwania Czytam polskie serie”, to jeszcze o mały włos, a dostałaby najbardziej prestiżową nagrodę z dziedziny fantasy w Polsce. Z ogromnym optymizmem więc sięgnęłam po nią. Z czym się zetknęłam? Z przerażającą przeciętnością.
 
Główną bohaterką jest kilkunastoletnia księżniczka. Jej ojciec po śmierci żony związał się z młodszą o rok od córki dziewczyną. Macocha poniża Achaję na każdym kroku, a kropkę nad „i” stawia, gdy wysyła ją do wojska. Tam, na służbie, księżniczka – pozbawiona specjalnego traktowania – poznaje prawdziwe życie w „normalnym” (czyt. okrutnym) świecie, z którym wcześniej nie miała do czynienia.

Drugi wątek dotyczy zakonnego skryby Zaana i młodego, nieokrzesanego rozbójnika – Siriusa. Panowie, spotykając się, wpadają na „genialny” plan, dzięki któremu mogą pławić się w bogactwie i mataczyć do woli na książęcym dworze.

I ostatnia główna postać – dla mnie najciekawsza – czarownik Meredith. Człowiek, który skupia się na niesieniu pomocy innym, nagle otrzymuje zadanie od samego boga – propozycję nie do odrzucenia. Jak sobie z nią poradzi? Czy mimo wszystko pozostanie wierny starym ideałom?

Akcja ciągnie się niemiłosiernie przez większość książki. Dopiero pod koniec tempo przyspiesza i to znacznie podnosi moją ocenę. Co mnie jednak najmocniej uderzyło, to mizerna charakterystyka postaci. Właściwie żadna z nich nie ma konkretnego portretu psychologicznego. Wiemy tylko, że Zaan jest sprytny, Sirius przygłupawy, Meredith zagubiony, a Achaja z zahukanego dziewczęcia staje się superbohaterką, zdolną za jednym razem zabić kilku doświadczonych rycerzy. Tyle, że ja chyba z idiotów i superbohaterów wyrosłam. Wiem, że powieść wpisuje się w gatunek fantasy, ale nawet tam lubię mieć do czynienia z bohaterami z krwi i kości.

Wiele słyszałam, bądź czytałam o wulgarnych opisach, czy seksistowskich poglądach autora przelewanych na papier. Cóż... nie spotkałam tu niczego, co mogłoby mnie zgorszyć. Czy suknia ocierająca się o nagi biust Achai ma spowodować rumieniec na mojej twarzy? Czy osąd, że dziwki są lepsze w łóżku od żon naprawdę ma mnie oburzyć? Powiem tak: po traumatycznym spotkaniu z „twórczością” Manueli Gretkowskiej, chyba już nic nie jest w stanie mnie zdemoralizować, więc niech pan Ziemiański sobie pisze, co chce. 

O wiele bardziej za to raziły mnie niedociągnięcia stylistyczne, czy brak logiki w opisywanych wydarzeniach. Liczne powtórzenia, niedokładna interpunkcja, szastanie samogłoskami, żeby wzmocnić okrzyk bohatera („Yyyyyyyyyyyyyyeeeeeeeeeeeeaaaaaaaaaaaaaaa!”)... Po co? Już nawet przekleństwa tak mi się nie rzucały w oczy, jak to.

Podsumowując powiem kolokwialnie: „szału nie ma”. Mocno się zastanawiam, czy sięgnąć po drugi tom. Jeśli to zrobię, to tylko z nadzieją, że będzie lepszy od pierwszego. 

A Wy jakie macie doświadczenia z „Achają”? Czytaliście? Co sądzicie? Warto brać się za drugą część?


Tytuł: Achaja
Cykl: Achaja (tom 1)
Kategoria: literatura piękna
Gatunek: fantasy
Forma: powieść
Liczba stron: 688
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Moja ocena: 5/10

0 komentarze:

Prześlij komentarz