10 ulubionych książek (cz.1)

28 wrz 2017

Już od kilku dni mamy kalendarzową jesień. Oznacza to, że wieczory będą coraz dłuższe i znaczna część z nas spędzi je w towarzystwie książki, koca i rozgrzewającej herbaty. Z tego właśnie powodu postanowiłam podzielić się z Wami listą 10 moich ulubionych książek. Kto wie, może znajdziecie tu coś, co umili Wam pewien październikowy lub listopadowy wieczór? Ja na pewno wrócę do którejś z niżej wymienionych książek.

(Mam dylemat, w jakiej kolejności wymieniać Wam ulubione książki, bo naprawdę WSZYSTKIE podobają mi się jednakowo! Ok, jest jeden wyjątek - „Mały Książę”. Kto zna mnie ciut dłużej wie, że mam szczególną słabość do niego. Dlatego wybieram tę książkę jako pierwszą do omówienia. Następne będą w kolejności alfabetycznej według nazwisk autorów. Żeby było sprawiedliwie.

Aha, jeszcze jedno. Nie będę pisać streszczeń – możecie je znaleźć wszędzie w Internecie. Wolę skupić się na opisaniu Wam w kilku zdaniach, tego co
mnie urzekło  w tych właśnie książkach.)

1. Antoine de Saint-Exupéry „Mały Książę”


W „Małym Księciu” zakochałam się już będąc w gimnazjum. Znalazłam tam wiele cudownych odniesień do mojego ówczesnego życia. Była to dla mnie książka idealna na tamten czas. Spisałam sobie najpiękniejsze cytaty do małego notesika, który miałam zawsze ze sobą. Po kilku latach, pod wpływem sentymentu, wróciłam do tej książki. I co się okazało? Znów do mnie przemówiła! Znów doskonale, w punkt. Rok później sytuacja się powtórzyła. Niesamowite! Od tamtego momentu – czyli mniej więcej od czasu studiów – dbam o to, by znaleźć choć jeden dzień w roku dla „Małego Księcia”. I nieważne, że znam go już prawie na pamięć. Powieść zawiera w sobie tyle prawdy życiowej i uniwersalnych wartości, że nigdy mi się nie znudzi. I nie dam sobie nigdy wmówić, że to książka dla dzieci! Nie dajmy się zwieść „obrazkom”. „Mały Książę” o wiele lepiej zostanie zrozumiany przez dorosłych, niż przez dzieci.

2. Michaił Bułhakov „Mistrz i Małgorzata”

Ta książka, zupełnie słusznie, zaliczana jest do klasyki literatury. Jestem dosyć przekorna i nie kłaniam się klasyce tylko dlatego, że jest tak nazywana, dlatego do każdej tego typu lektury podchodzę z dystansem. W „Mistrza i Małgorzatę” jednak wsiąkłam bez reszty. Po pierwsze: zachwyciło mnie mistrzowskie budowanie wielowątkowości. Nie dość, że każdy z trzech wątków jest doskonale dopracowany, to jeszcze jeden przechodzi w drugi w taki sposób, że składa się to sensownie w jedną, spójną całość. Po drugie: poczucie humoru, zwłaszcza w Patriarszych Prudach. Po trzecie (i ostatnie): tytułowy wątek relacji pomiędzy Małgorzatą i jej Mistrzem – genialnie naszkicowany, pokolorowany, uwypuklony… po prostu ŻYWY. Ta wyjątkowa więź pomiędzy nimi – miłość, która nadała sens życiu Małgorzaty – mocno porusza.


Link do mojej recenzji "Mistrza i Małgorzaty" znajdziecie tutaj.

3. Aleksander Dumas (syn) „Dama Kameliowa”

Następny klasyk, w dodatku oparty na faktach. Czytając tę książkę ryczałam jak bóbr, zwłaszcza pod koniec. To samo dzieje się, gdy oglądam „Traviatę” - operę Giuseppe Verdiego, której libretto wzorowane było właśnie na powieści „Dama Kameliowa”.

Powieść porusza wątek miłości poczciwego Duvalla i paryskiej kurtyzany Małgorzaty Gautier. Silne uczucie do mężczyzny powoduje, że Małgorzata zrywa ze swoim dotychczasowym życiem. Nie da się jednak tak łatwo zerwać z niechlubną opinią, która snuje się za kobietą, jak cień i źle wpływa na postrzeganie pary zakochanych "w towarzystwie". Ich uczucie musi pokonać wiele przeszkód w drodze do pełni szczęścia. Jakby tego było mało, bohaterka choruje na gruźlicę… Co tu dużo mówić! Bardzo smutna, ale piękna książka.

4. Jostein Gaarder „Dziewczyna z pomarańczami”


Drugi wyciskacz łez na mojej liście (i już chyba ostatni). „Dziewczynę z pomarańczami” czytałam dwa razy i za każdym razem niestety zareagowałam tak samo. Nieważne, czy byłam w domu, czy w autobusie na drugi koniec Polski, płakałam strasznie! Nie będę Wam mówić, dlaczego, bo musiałabym sporo zdradzić z fabuły. Historia jest jednak tak urocza, niewinna i romantyczna, że tym mocniej porusza. To opowieść o miłości i o stracie. O bólu i samotności. O pustce. Z czystym sercem polecam. Książka jest krótka i prosta w odbiorze, zajmie Wam najwyżej dwa wieczory. Wierzę, że będą one niezapomniane.

5. Ignacy Karpowicz „Sońka”

Jakoś tak się złożyło, że to jedyna polska książka na mojej liście. Przecież czytam polskich autorów, najczęściej z gatunku fantastyki. A to nawet fantastyka nie jest! Aby dopełnić wyrazu przypadkowości, powiem Wam, że sięgnęłam po nią tylko ze względu na tytuł. Ciekawa byłam, kim w książce jest moja imienniczka. Po raz kolejny w moim życiu okazało się, że mam więcej szczęścia, niż rozumu. Trafiłam na bardzo wartościową lekturę.

„Sońka” opowiada historię z czasów wojny o miłości dziewczyny ze wsi na Podlasiu do niemieckiego żołnierza. Miłości niechcianej, miłości bez szans, miłości kosztującej wiele cierpienia. To po prostu nie mogło się udać. I mimo że od wojny minęło już tyle lat, Sonia nadal cierpi. I tęskni… Tylko wspomnienia wspólnie spędzonych chwil powodują, że w jej starym już sercu da się usłyszeć czasem echo młodości.



To była pierwsza część listy moich ulubionych książek. Za jakiś czaswypiszę 5 pozostałych z mojego topu.

Złotych dni Wam życzę i zdrowia. Nie dajcie się jesieni!😉
6

Lorde "Melodrama"

19 wrz 2017

Pewnego dnia podczas śniadania usłyszałam w Radiowej Trójce przepiękną piosenkę, taką z gatunku „moich ulubionych” – romantyczną, melodyjną, trochę smętną, z dobrym tekstem. Rzadko chce mi się płakać słuchając muzyki, zazwyczaj rozkładam ją na czynniki pierwsze – takie moje zboczenie zawodowe. Jednak tym razem było inaczej. Piosenka trafiła prosto w moje serce, a ja nawet nie próbowałam hamować łez. Gdy wybrzmiały ostatnie akordy, głos prowadzącego powiedział, że to piosenka „Liability” z płyty Lorde pt. „Melodrama”. Nigdy nie słyszałam o tej artystce, ale ten jeden utwór sprawił, że wpadłam jak śliwka w kompot. Chciałam czym prędzej zapoznać się z całą płytą Lorde.

Wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że ta wokalistka ma zaledwie 20 lat. Utwory na płycie „Melodrama” są bardzo dojrzałe, stanowią intymny portret kobiety wraz z jej wrażliwością, troskami i wątpliwościami. Lorde opowiada o odkrywaniu samej siebie, o dobrych i złych wyborach, których konsekwencje odczuła na własnej skórze. Jednak nie jest to płyta rzewna. Dużo w niej energii, jak w młodej kobiecie, która ma na tyle siły, by po każdym upadku wstać, otrzepać się i iść dalej własną drogą. 

Krążek otwiera „Green Light”, przy którym już trudno usiedzieć w bezruchu. W podobnym stylu poprowadzone są następne trzy piosenki – rytmiczne, z mocnym bitem i  zmienne, jak miniaturowe mozaiki obfite w kolory. Wytchnienie daje dopiero wspomniana przeze mnie na wstępie piosenka „Liability”. To ona rozpoczyna refleksyjną część płyty. Po niej następuje „Hard Feelings/Loveless” o skrzywdzonej miłości, której apogeum następuje w przepięknym „Writer in the Dark”. Tutaj Lorde pokazuje ciepło głosu w niższych tonach i przepiękną płaczliwość w falsecie, a to wszystko ma pełne uzasadnienie w tekście – coś wspaniałego! W „Supercut” odcinamy się od wcześniejszego nastroju piosenek, by powrócić do niego przy „Liability (Reprise)”. Płyta kończy się pełnym ikry manifestem wyzwolonej młodości („Perfect Places”).

Płytę polecam każdemu, kto nie boi się nowych brzmień. Od kilku lat słucham Radiowej Trójki i coraz bardziej podobają mi się „Trójkowe” klimaty, dlatego płyta Lorde totalnie mnie zachwyciła. Jest inna, niż to, co obserwujemy we współczesnych, popularnych nurtach muzycznych. I ja tę inność kupuję.


PS. Po zapoznaniu się z płytą miałam okazję oglądać w Internecie koncert Lorde podczas Festiwalu Open’er w Gdyni. Niestety nie mogłam tam się zjawić osobiście, czego bardzo żałuję, bo to, co pokazała ta dziewczyna było zachwycające! Temperament, charyzma i artystyczne zacięcie – tak potrzebne na scenie, a tak rzadko spotykane, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Chwyciła mnie za serce i nie chciała puścić aż do końca koncertu. Była zjawiskowa!

0

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life